środa, 16 października 2013

Rozdział XX

Od dnia powrotu do domu minęło już sporo czasu. Powiedziałam mamie o wszystkim, co spotkało mnie w domu Anastazji. Mimo tego, co się wydarzyło, traktowałam rodziców jak wcześniej. Wciąż są dla mnie ważni.

W końcu przyszedł list. Rozpoczynałam czwartą klasę. Nie mogłam się doczekać zakupów. Już miałam trochę dość tych wakacji. Były bardzo intensywne.
Kolejną niespodzianką, która mnie czekała, była Vivienne. Pewnego dnia ktoś do nas zapukał. Moja mama poszła otworzyć. Po chwili zawołała mnie. W drzwiach stała rodzina Hutch, nasi sąsiedzi.
- Witaj Pandoro- przywitał się ze mną pan Hutch- mamy do ciebie sprawę. Nasza córka dostała się do Hogwartu i chcielibyśmy, żebyś pomogła jej w zakupach.
- Może niech państwo wejdą do środka- zaproponowała mama. Ugościliśmy ich w salonie.
- Skąd pan wie, że chodzę do Hogwartu?- spytałam.
- Jestem charłakiem- odpowiedział, co zaskoczyło zarówno mnie jak i rodziców- obserwowałem, jak moje rodzeństwo szykuje się do szkoły, więc wiem. A tym bardziej cieszy mnie to, że w sąsiedztwie mieszka osoba, która może pomóc mojej córce.
- W takim razie chętnie pomogę- stwierdziłam i spojrzałam na Vivienne. Znałyśmy się trochę, głównie ze szkoły. Uśmiechnęła się do mnie i pokazała z dumą swój list. Przypomniał mi się mój początek.
- My, ze względu na brak czasu nie możemy towarzyszyć naszej córce. Gdy dyrektor Hogwartu nas odwiedził, zgodził się, byś ty wprowadziła naszą córeczkę do świata magii- powiedziała pani Hutch. Zaskoczyło mnie, że profesor Dumbledore darzy mnie takim zaufaniem. Skoro ja mu ufam, to on mi też ufa.
- Pochodzę z rodu czarodziejów czystej krwi- pan Hutch zaczął opowiadać swoją historię- jestem najstarszy z mojego rodzeństwa. Gdy ukończyłem 17 lat, rodzice oświadczyli, że mnie nie wydziedziczają, ale byłoby dla mnie lepiej, gdybym związał się z mugolem. Któż chciałby charłaka? No to szukałem. Aż znalazłem, moją kochaną żonę- pani Hutch zarumieniła się. Bardzo mi szkoda charłaków. Chcą w pełni należeć do świata czarodziejów a nie mogą. Dobrze, że pan Hutch spotkał swoją żonę i doczekał się z nią córki.
- Jesteśmy ci bardzo wdzięczni za zgodę na pomoc- stwierdziła pani Hutch- zaopiekujesz się naszą Vivienne- uśmiechnęłam się i kiwnęłam głową.

Wkrótce szkoła. Tak bardzo nie chciałam do niej iść. Najbardziej nie znosiłam dzieciaków ze swojej ulicy, bo często mi dogryzały. 
Rozmyślając, spacerowałam po swojej Ruby Street. Myślałam, gdzie bym mogła się jeszcze przejść, by nie siedzieć w domu i nie patrzeć w telewizor, gdzie leciały same powtórki z całego roku. Rodzice byli w pracy, więc nie mogli mi dotrzymać towarzystwa. Gdy doszłam do końca ścieżki, gdzie ulica wychodziła na główną drogę, odwróciłam się. Stwierdziłam, że mogłabym wrócić do domu, wziąć parę pensów i kupić lody. Wtedy zauważyłam jakąś ciemną postać na schodkach do drzwi do mojego domu. Gdyby nie twarz i ręce, mogłabym uznać, że jest cały czarny. Rozejrzał się. Przez chwilę myślałam, że to ksiądz. Czyżby to miało coś wspólnego ze zdrowiem pani Hennis? Ostatnio zaprzestała wychodzenia z domu, więc ksiądz ją odwiedzał po mszy. Szybko podeszłam pod mój dom. 
- Przepraszam?- spytałam, zachowując spokój. Mężczyzna odwrócił się i zaskoczył mnie. Miał haczykowaty nos, tłuste włosy do ramion, nieprzyjemny wyraz twarzy i chyba nie był księdzem- Czy mogę jakoś panu pomóc?
- Szukam Pandory Hill- powiedział powoli, oddzielając każde słowo. 
- To ja- odpowiedziałam. Sięgnął ręką do kieszeni i wyjął z niej kopertę. 
- Mam ci coś do przekazania, ale wolałbym o tym nie rozmawiać na ulicy- dodał. Wpuściłam go do środka. Ugościłam go w salonie. 
- Mam rozumieć, że rodziców nie ma?- spytał po chwili. 
- Są w pracy, mogą wrócić późno- odpowiedziałam- chce pan kawy, czy herbaty? 
- Dziękuję, spieszę się- mruknął i wręczył mi kopertę. Było na niej moje imię i nazwisko i adres. Gdy ją otworzyłam i przeczytałam treść listu, oniemiałam. Zupełnie nie rozumiałam o co chodzi. Jaki Hogwart? Jakie czary? A może to ma związek z dziwnymi rzeczami, które się wokół mnie działy? 
- Może mi pan wytłumaczyć, o co tu chodzi?- spytałam. Spojrzał na mnie miażdżącym wzrokiem. 
- Szkoła magii i czarodziejstwa Hogwart przyjmuje dzieci ze zdolnościami magicznymi, które ukończyły 11 lat. W kopercie otrzymała pani listę rzeczy, które musi pani zakupić do 1 września. W trakcie siedmioletniej nauki pozna pani wszystko, co winien wiedzieć każdy czarodziej. Oprócz tego zdecyduje pani o swojej karierze i przyszłości- wyjaśnił- ja jestem Severus Snape i uczę eliksirów oraz jestem opiekunem Slytherinu, jednego z domów. Oprócz niego są jeszcze takie domy jak Gryffindor, Ravenclaw i Hufflepuff. Każdy z nich preferuje inne cechy. 
- A skąd wiadomo, kto jakie posiada cechy?- spytałam, czując coraz większą ciekawość. Jeśli to była jakaś sekta, to miała bardzo ciekawą strukturę organizacyjną. 
- Podczas ceremonii przydziału na głowę każdego pierwszorocznego nakładana jest Tiara Przydziału, która przydziela do odpowiednich domów- wyjaśnił i spojrzał na zegarek stojący na półce- w związku z tym, że czas mi się kończy, dodam jeszcze jedną rzecz. Rzeczy, które musisz zakupić do szkoły znajdują się na ulicy Pokątnej. Zaprowadzi cię do niej nasz specjalny wysłannik, który przybędzie tutaj za kilka dni. Czy masz jakieś pytania?
-Na obecną chwilę nie- stwierdziłam. 
- W takim razie pozwoli pani, że opuszczę dom- gość wstał. Kiwnęłam głową i pożegnałam go.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz