sobota, 5 października 2013

Rozdział XI

Gdy przy śniadaniu Hermiona dostała mnóstwo listów z groźbami, byłam w szoku. Jakieś zazdrosne baby, nie mające swojego życia dokładają przykrości zwykłej uczennicy. Czuję się jak w jakimś serialu brazylijskim, co go moja mama i ciocia Ann lubią oglądać w piątkowe wieczory. Po skończeniu śniadania podeszłam do niej i położyłam jej rękę na ramieniu.
- Niczym się nie przejmuj- powiedziałam- ty przynajmniej możesz sobie pozwolić na takie romanse, a te zazdrosne baby nie.
- Co?- zdziwiła się ale po chwili zrozumiała i uśmiechnęła się- dzięki, Pandy.
- Nie ma za co- odpowiedziałam i wróciłam do dormitorium, by przygotować się na zajęcia.

Dowiedziałam się, że Ginny chodzi z Michaelem Cornerem z Ravenclawu. Poznali się na balu. Trochę byłam zaskoczona tą informacją. Lew i Katja spędzają ze sobą sporo czasu, praktycznie wszędzie chodzą razem.
- Nie można was rozdzielić- stwierdziłam a oni się zaśmiali, lekko się czerwieniąc.
- Sijadaj!- powiedział Lew i zrobił mi miejsce między nimi. Skorzystałam z propozycji.
- Mjenja i Lew chcjeli ciebja zapruosjic na piwuo- powiedziała Katja, coraz lepiej radząc sobie z językiem.
- A z jakiej to okazji?- zdziwiłam się.
- Za tuo co dla nas zruobiłaś- wyjaśnił Lew- jesjeśmy bardzuo szczęśliwi razem. To był błuąd że z nją zerwałem.
- Ojej, to miłe z waszej strony- uśmiechnęłam się- w takim razie chętnie pójdę.
W sobotę wybraliśmy się do Hogsmeade. Postawili mi to piwo i bardzo się ucieszyłam, bo nigdy go nie próbowałam.
- Misjimy nad śljubem- zdradził Lew.
- Wow, tak szybko?- zaskoczyło mnie to.
- Zanim zjerwaliśmy, biljiśmy ze suobą 3 ljet- wyjaśnił- Mjeliśmy sję zaręczjać, alje pokłóciliśmy sję i zjerwaliśmy. Tjeraz nie ma cuo tracić czasu. Niedługo kończymy szkuołę.
- Duostanjesz zapruoszenje- obiecała Katja.
- Dziękuję i nie mogę się doczekać- uśmiechnęłam się.Wypiłam resztę piwa. Było świetne. Nagle Katja i Lew zaczęli się śmiać. Nie wiedziałam, o co im chodzi. Dopiero przypadkowe spojrzenie na kufel wyjaśniło powód rozbawienia. Miałam wielkie wąsy z piany pod nosem. Również zaczęłam się śmiać i szybko się wytarłam.
Gdy gołąbki sobie gruchały, jak to mój wujek mówi, ja zajęłam się nauką. Pomagałam też młodszym uczniom w zrozumieniu tematu. Nie spotkało się to z przychylnością innych mieszkańców domu, ale tym akurat przestałam się przejmować od dawna.
- Widzisz?- spytałam, pokazując pierwszorocznemu transmutację jego ropuchy w kielich- wszystko na spokojnie. Jeśli będziesz to wiele razy powtarzał, to na pewno za którymś razem ci wyjdzie.
- Dzięki wielkie!- ucieszył się chłopiec i pobiegł ze swoją żabą do kolegów, gdzie razem powtarzali te zaklęcia. Uśmiechnęłam się i przypomniałam sobie, jak ja byłam w ich wieku i uczyłam się tych rzeczy.
- Po co to robisz?- spytał Teodor.
- A jak sądzisz? Żeby to umieli i nie denerwowali McGonagall- odpowiedziałam. Czułam, że zostanę zaraz upomniana.
- Po to im ona to pokazywała, żeby sami wiedzieli i sami powtarzali. To nie są pięciolatki, że trzeba im pomagać.
- A co, w Slytherinie nie uznaje się pomocy innym?- wiedziałam, że może dojść do kłótni, ale nie chciałam dać za wygraną- no tak, przecież te pierdoły z Hufflepuffu sobie pomagają...
- Przestań!- oburzył się. Pierwszy raz widziałam takie zdenerwowanie na jego twarzy- nie miałem tego na myśli! Świat jest tak skonstruowany, że słabsi odpadają a lepsi zwyciężają. Jeśli ktoś sobie nie radzi, to koniec!
- To chyba w twoim świecie tak jest!- teraz to ja się wzburzyłam. Naszej dyskusji przysłuchiwali się wszyscy w dormitorium- Slytherin to nie jest jakaś dzika puszcza, gdzie zwierzęta walczą o przetrwanie! Pomagam im, bo tak mnie wychowali rodzice i dlatego, że jestem osobą dobrą i chętną do tej pomocy. A jeśli tobie się to nie podoba, to masz problem. Nie będę typową uczennicą tego domu!- trzasnęłam książką i wyszłam z pokoju wspólnego. Usiadłam na schodach i dokończyłam odrabianie pracy domowej. Mimo, że nie było zbyt dużo światła, to radziłam sobie. I tak miałam już mało do skończenia. Co z tym Teodorem się dzieje? Czemu jest taki agresywny i czepialski? Prawdziwy ślizgon się znalazł...
- Pani Hill...- jeszcze mi tu profesora Snape'a brakowało. Wstałam natychmiast- czy wie pani, która jest godzina?
- Tak, wiem- odpowiedziałam.
- Cieszy mnie to. Czemu więc spędza pani czas na zimnych schodach, zamiast w ciepłym pokoju wspólnym Slytherinu?
- Ponieważ pokłóciłam się z kolegą i potrzebowałam spokoju- wyjaśniłam. Podniósł brwi, co wskazywało na zdziwienie albo zażenowanie całą sytuacją.
- Czemu pokłóciła się pani z kolegą?
- Wcześniej pomagałam pierwszorocznym w transmutacji- odpowiedziałam- prawdopodobnie to go mogło zirytować i chciał, żebym przestała. Ale ja się uparłam, by dalej to czynić, bo zależy mi, by młodsi uczniowie nie mieli problemu na zajęciach i...- przerwałam na chwilę, widząc znudzenie. Po chwili wpadłam na super argument-... i żeby nie dostawali punktów ujemnych- na twarzy profesora znów wróciło zaskoczenie.
- Rozumiem- stwierdził- niech pani jak najszybciej kończy odzyskiwanie spokoju i wraca do środka, bo to pani straci punkty.
- Oczywiście- kiwnęłam głową i usiadłam na schodach. Dopisałam parę ostatnich zdań w wypracowaniu i wróciłam do środka. Dafne i Teodor rozmawiali ze sobą. Gdy mnie zobaczyli, przestali.
- Powiedziałaś bardzo mądre słowa- stwierdziła ślizgonka- ale do Teodora ciężko dotrzeć.
- Daj spokój- mruknął i poszedł do swojego dormitorium. Machnęłam ramionami i poszłam do swojego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz