Jak zwykle na peronie 9 i 3/4 był ruch. Dzieciaki biegały w różne strony a dorośli wszystko uważnie obserwowali. Byłam ciekawa, jak poradzi sobie Vivienne. Nie zauważyłam ich nigdzie. Po pożegnaniu się z rodzicami wsiadłam do pociągu i zaczęłam szukać przedziału z osobami znajomymi. Idąc korytarzem mijałam wielu uczniów których znałam z widzenia. Wtem zauważyłam jakieś zamieszanie w przejściu między wagonami. Podeszłam tam szybko i ku swojemu przerażeniu ujrzałam Goyle'a, Crabbe'a i Parkinson dokuczających Vivienne.
- Może takiej smarkuli przyda się mała lekcja stosunków między czarodziejami a takimi jak ty?- spytała Pansy.
- A może tobie się przyda lekcja obrywania w nos?- wtrąciłam się. Postanowiłam zachować zimną krew i bronić małej.
- O proszę, nasza gwiazda pyskówki się pojawiła- skomentował to Crabbe i uśmiechnął się- zostałaś obrończynią praw szlam?
- Ona jest półkrwi- odpowiedziałam spokojnie- wkrótce będzie też pełnoprawną uczennicą Hogwartu. Zaczynając naukę tutaj nie myślała, że natknie się na was- gestem dłoni przywołałam ją do siebie i odeszłyśmy.
- Czy wszyscy uczniowie tacy są?- spytała Vivienne niemal ze łzami w oczach.
- Trafiłaś akurat na kwiat Slytherinu- odpowiedziałam zażenowana, ukradkiem oglądając się na kolegów z domu- ale nie wszyscy tacy są. Nie masz co się denerwować, tylko z uśmiechem rozpocząć naukę.
- Moja pewność siebie maleje...- stwierdziła dziewczyna.
- Zaraz wzrośnie- pocieszyłam ją i trafiłyśmy na przedział zajęty przez pierwszorocznych. Siedzieli jak na kazaniu.
- Cześć- przywitałam się promiennie. Pierwszy raz widziałam tyle przestraszonych oczu- przyprowadziłam wam koleżankę. Poznajcie się- delikatnie popchnęłam Vivienne do środka- śmiało, nie wstydźcie się!- zamknęłam drzwi i odeszłam. Trochę mi głupio, że ją tak wpakowałam, ale nie chciałam jej narażać na nieprzyjemności, gdy do przedziału wejdzie Teodor czy bliźniaczki. A przy okazji pomóc jej w nawiązaniu nowych przyjaźni.
Udało mi się znaleźć przedział w którym siedział Teodor.
- Cześć- przywitałam się i weszłam do środka.
- Siedzi z nami Millicenta, bliźniaczki i Dafne- uprzedził mnie. Kiwnęłam głową i położyłam rzeczy na półce. Dopóki nie dowiem się, gdzie trafi Vivienne, będę się o nią denerwować.Usiadłam obok Teodora.
Podróż przebiegła spokojnie. Millicenta opowiadała nam o swoich 'arcyciekawych' wakacjach w Walii. Udawaliśmy zaciekawionych. Wraz z zakończeniem, poczuliśmy wolność.
- Pandy, ja pójdę do Malfoya- powiedział Teodor i wstał.
- Tylko nie dokuczajcie dzieciakom- poprosiłam. Uśmiechnął się lekko i wyszedł.
- Ja bym na twoim miejscu go nie puszczała tak byle gdzie- stwierdziła Flora.
- Kiedyś może zrobić coś brzydkiego- dodała Hestia.
- O co wam chodzi?- spytałam zdziwiona- on nie jest moją własnością i nie będę go traktować jak zwierzęcia. Jak coś zrobi, to jego sprawa.
- Dajcie spokój- wtrąciła się Dafne- może się przejdźmy i wyprostujmy kości- z chęcią wyszłam na korytarz i się przeszłam. Minęłam przedział bandy Malfoya. Bawili się dobrze, czytając Proroka Codziennego. Udało mi się znaleźć Vivienne. Rozmawiała na korytarzu z dziewczynką, która miała krótkie, brązowe włosy i czerwone okulary.Wyglądały na bardzo pochłonięte sobą. Nie chciałam im przeszkadzać. Jednak mała mnie dostrzegła.
- Hej Pandy!- zawołała i podeszła do mnie- znalazłam już koleżankę. To Emily Swan.
- Miło mi cię poznać, Emily- powiedziałam- jestem Pandora Hill- uścisnęłyśmy sobie dłonie.
- Vivienne dużo o tobie opowiadała- ta informacja mnie zaskoczyła. Uśmiechnęłam się lekko.
- A co dokładnie mówiłaś?- spytałam małej.
- Wszystko!- odpowiedziała uradowana- jak mi pomogłaś z zakupami, obroniłaś przed tamtymi, że masz chłopaka i to jak mi opowiadałaś o szkole!
- Sporo się przy okazji dowiedziałam- dodała Emily- wprawdzie pochodzę z rodu czystej krwi, ale jestem najstarsza i dopiero przecieram szlaki moim dwóm braciom.
- A macie typy, gdzie mogłybyście trafić?- spytałam. Spojrzały po sobie i z małym zakłopotaniem machnęły ramionami.
- Moi rodzice byli w różnych domach. Dużo osób twierdzi, że wdałam się w mamę, a ona była w Hufflepuffie- stwierdziła Emily- gdybym tam trafiła razem z Vivienne, byłoby świetnie.
- Możecie poprosić Tiarę Przydziału, żeby wybrała dla was najlepszy dom- doradziłam im- na pewno weźmie to pod uwagę...- naszą rozmowę przerwało nagłe wpadnięcie na mnie drobnej blondynki.
- Przepraszam- powiedziała sennym głosem- to wszystko przez nargle. Ich bzyczenie mnie wyprowadziło z równowagi- po chwili wyciągnęła w moją stronę plik gazet- może Żonglera?
- Poproszę- odpowiedziałam, chcąc być uprzejma. Dała mi jedną.
- Jeśli robisz to z uprzejmości, to nie zmuszaj się- poprosiła. Zaskoczyła mnie bezbłędnym rozszyfrowaniem moich uczuć.
- Nie słyszałam o takiej gazecie- odpowiedziałam, czując, że może być jej przykro- jestem ciekawa.
- Cieszę się- stwierdziła i lekko się uśmiechnęła- jestem Luna Lovegood, a tą gazetę wydaje mój ojciec.
- Miło mi cię poznać. Jestem Pandora Hill. Może ci pomóc w kolportażu?
- Poradzę sobie- odpowiedziała- jesteś bardzo miła. Muszę iść dalej i rozdawać. Do zobaczenia w szkole- pożegnała mnie i poszła dalej. Nie czekając na reakcję dziewczynek otworzyłam gazetę. To, co w niej ujrzałam zaskoczyło mnie.
środa, 30 października 2013
poniedziałek, 28 października 2013
Rozdział XXI
W trakcie przechadzania się po Pokątnej opowiedziałam Vivienne o szkole, nauczycielach i co się wydarzyło do tej pory.
- To ja chyba nie chcę tam iść...- stwierdziła lekko przestraszona dziewczyna.
- Spokojnie- pocieszyłam ją- tobie, mi i wielu innym uczniom nic nie grozi, bo dyrektor do tego nie dopuści.
- Na pewno?- chyba nie powinnam o tym wszystkim mówić...
- Tak- uśmiechnęłam się i weszłyśmy do księgarni. Miałyśmy zakupioną różdżkę, kociołek i miotłę no i moje rzeczy. Na szczęście miałam mniej do kupienia, więc uwinęłam się szybko.
- Nigdy nie byłam zbyt dobrą uczennicą- stwierdziła, gdy czekałyśmy w kolejce- a w Hogwarcie będzie taki ogrom materiału. Boję się.
- Spokojnie!- zadziwił mnie jej strach- fakt, dużo nauczycieli jest surowych, ale jeśli zobaczą, że się starasz, to na pewno ci pomogą. Możesz też się poradzić starszych uczniów, w tym mnie- położyłam jej rękę na ramieniu i uśmiechnęłam się, by dodać jej otuchy. Odwzajemniła uśmiech. Po chwili wzięła głęboki oddech i wyprostowała się.
- Nie jestem beksą- stwierdziła- wejdę uśmiechnięta do szkoły, znajdę przyjaciół i będę się pilnie uczyć.
- No, taki podejście mi się podoba- zaśmiałam się- jak ja zaczynałam, to też nie czułam się pewnie. Ale z czasem poznałam dużo osób i nie czuję się samotnie.
- Hej Pandy!- usłyszałam znajomy głos. Do księgarni wszedł Colin i Dennis.
- Cześć chłopaki- przywitałam się- a gdzie wasi rodzice?
- Uznali, że jestem na tyle duży, że mogę zaopiekować się bratem i samemu dokonać zakupów tutaj- stwierdził Colin- o, nowa koleżanka?- spojrzał na Vivienne.
- Tak- odpowiedziałam- to moja sąsiadka, Vivienne Hutch- spojrzałam na nią- to mój przyjaciel, Colin Creevey i jego młodszy brat Dennis- uścisnęli sobie ręce.
- My idziemy po książki- zadecydował gryfon i poszli do półki.
- Bardzo fajny chłopak- stwierdziła dziewczyna- do tego przystojny- po chwili zarumieniła się.
- Colin jest super- dodałam- nigdy mnie nie zawiódł.
Zakup reszty przedmiotów z listy zajęło nam jeszcze trochę czasu, ze względu na tłok. Wzięłam Vivienne za rękę, bo bałam się ją zgubić. Ostatnim miejscem, do którego wstąpiłyśmy, była apteka, gdzie znajdowały się przedmioty do eliksirów. Pracownik okazał się na tyle miły, że pomógł jej skompletować wszystko z listy. Ja kupiłam to, co musiałam i zaczekałam na Vivienne pod drzwiami. Przejrzałam jeszcze raz listę i sprawdziłam dla pewności, czy posiadam wszystko.
- Cześć Pandy...- obok mnie stanął Teodor. Bardzo mnie ucieszył jego widok.
- Czemu się nie odzywałeś?- spytałam- czekałam przez całe wakacje.
- Dość intensywnie spędziłem te dwa miesiące- stwierdził- nie miałem czasu na napisanie. Przepraszam- położył mi rękę na głowie i spojrzał w oczy- nie gniewasz się?
- No cóż, w takim razie nie mam wyjścia- zaśmiałam się- wybaczam.
- Hej, Lancelot, pospiesz się!- zawołał z daleka Zabini, który stał razem z kolegami- cześć Hill.
- Cześć Zabini- odpowiedziałam i spojrzałam na Teodora- spotkamy się w szkole.
- Do zobaczenia- pożegnał się i poszedł z innymi ślizgonami. Ciekawe, co mogło być przyczyną tych intensywnych wakacji? Może coś z Voldemortem?
- Pandora, masz chłopaka?- po chwili usłyszałam głos Vivienne która w woreczku trzymała zakupy. Zupełnie o niej zapomniałam.
- Tak, to był mój chłopak Teodor- odpowiedziałam zakłopotana- zaczęliśmy ze sobą chodzić pod koniec zeszłego roku szkolnego.
- Bardzo tajemniczy i skryty- skomentowała dziewczyna- widziałam go w aptece- zaśmiałam się.
- Dobrze go oceniłaś. Rzeczywiście, jest taki. Gdzieś chcesz jeszcze iść czy wracamy do domu?
- Mam wszystko z listy- stwierdziła, przeglądając papier- możemy iść do domu- kiwnęłam głową i wyszłyśmy na ulicę. Wpadłam po drodze by wziąć Proroka Codziennego. Ledwo go ujrzałam, zaraz podniosło mi ciśnienie. Wypisywali jakieś okropne rzeczy na Harrego, głównie oskarżając go o chorobę psychiczną i wmawiając kłamstwo.
Odprowadziłam Vivienne pod drzwi jej domu. Zbliżał się powoli wieczór.
- Bardzo ci dziękuję za pomoc- powiedziała- z zakupami i że zapoznałaś mnie ze wszystkim. Bardzo mi to ułatwi start w to otoczenie. Mój tata trochę o tym opowiadał, ale on też nie zna dokładnie tego świata.
- Nie ma za co- odpowiedziałam i uśmiechnęłam się- gdyby twój tata, mama albo ty coś jeszcze chcieli wiedzieć o szkole, to śmiało mnie pytajcie. Tej szkoły nie znam tak bardzo, ale podstawowe zagadnienia postaram się objaśnić.
- Jesteś kochana- stwierdziła i przytuliła mnie- dziwne, że tak ciepła osoba trafiła do domu dla ludzi przebiegłych i sprytnych.
- Tiara Przydziału miała inne zdanie na mój temat- odpowiedziałam. Gdy się pożegnałyśmy, ponownie wyciągnęłam gazetę i zaczęłam czytać. Prorok chce zrobić z Harrego wielkiego kłamcę. Ja mu wierzę. Jeśli by go nie widział, to wtedy by to powiedział? Czy byłby zdolny do zabicia Cedrika? Zdołałam go poznać na tyle, by wiedzieć, że zarówno nie jest kłamcą i perfidnym zabójcą. Podejrzewam, że w szkole rozpocznie się batalia między zwolennikami a przeciwnikami. Będę wspierać Harrego, bo jest moim idolem i imponuje mi swoimi dokonaniami.
- To ja chyba nie chcę tam iść...- stwierdziła lekko przestraszona dziewczyna.
- Spokojnie- pocieszyłam ją- tobie, mi i wielu innym uczniom nic nie grozi, bo dyrektor do tego nie dopuści.
- Na pewno?- chyba nie powinnam o tym wszystkim mówić...
- Tak- uśmiechnęłam się i weszłyśmy do księgarni. Miałyśmy zakupioną różdżkę, kociołek i miotłę no i moje rzeczy. Na szczęście miałam mniej do kupienia, więc uwinęłam się szybko.
- Nigdy nie byłam zbyt dobrą uczennicą- stwierdziła, gdy czekałyśmy w kolejce- a w Hogwarcie będzie taki ogrom materiału. Boję się.
- Spokojnie!- zadziwił mnie jej strach- fakt, dużo nauczycieli jest surowych, ale jeśli zobaczą, że się starasz, to na pewno ci pomogą. Możesz też się poradzić starszych uczniów, w tym mnie- położyłam jej rękę na ramieniu i uśmiechnęłam się, by dodać jej otuchy. Odwzajemniła uśmiech. Po chwili wzięła głęboki oddech i wyprostowała się.
- Nie jestem beksą- stwierdziła- wejdę uśmiechnięta do szkoły, znajdę przyjaciół i będę się pilnie uczyć.
- No, taki podejście mi się podoba- zaśmiałam się- jak ja zaczynałam, to też nie czułam się pewnie. Ale z czasem poznałam dużo osób i nie czuję się samotnie.
- Hej Pandy!- usłyszałam znajomy głos. Do księgarni wszedł Colin i Dennis.
- Cześć chłopaki- przywitałam się- a gdzie wasi rodzice?
- Uznali, że jestem na tyle duży, że mogę zaopiekować się bratem i samemu dokonać zakupów tutaj- stwierdził Colin- o, nowa koleżanka?- spojrzał na Vivienne.
- Tak- odpowiedziałam- to moja sąsiadka, Vivienne Hutch- spojrzałam na nią- to mój przyjaciel, Colin Creevey i jego młodszy brat Dennis- uścisnęli sobie ręce.
- My idziemy po książki- zadecydował gryfon i poszli do półki.
- Bardzo fajny chłopak- stwierdziła dziewczyna- do tego przystojny- po chwili zarumieniła się.
- Colin jest super- dodałam- nigdy mnie nie zawiódł.
Zakup reszty przedmiotów z listy zajęło nam jeszcze trochę czasu, ze względu na tłok. Wzięłam Vivienne za rękę, bo bałam się ją zgubić. Ostatnim miejscem, do którego wstąpiłyśmy, była apteka, gdzie znajdowały się przedmioty do eliksirów. Pracownik okazał się na tyle miły, że pomógł jej skompletować wszystko z listy. Ja kupiłam to, co musiałam i zaczekałam na Vivienne pod drzwiami. Przejrzałam jeszcze raz listę i sprawdziłam dla pewności, czy posiadam wszystko.
- Cześć Pandy...- obok mnie stanął Teodor. Bardzo mnie ucieszył jego widok.
- Czemu się nie odzywałeś?- spytałam- czekałam przez całe wakacje.
- Dość intensywnie spędziłem te dwa miesiące- stwierdził- nie miałem czasu na napisanie. Przepraszam- położył mi rękę na głowie i spojrzał w oczy- nie gniewasz się?
- No cóż, w takim razie nie mam wyjścia- zaśmiałam się- wybaczam.
- Hej, Lancelot, pospiesz się!- zawołał z daleka Zabini, który stał razem z kolegami- cześć Hill.
- Cześć Zabini- odpowiedziałam i spojrzałam na Teodora- spotkamy się w szkole.
- Do zobaczenia- pożegnał się i poszedł z innymi ślizgonami. Ciekawe, co mogło być przyczyną tych intensywnych wakacji? Może coś z Voldemortem?
- Pandora, masz chłopaka?- po chwili usłyszałam głos Vivienne która w woreczku trzymała zakupy. Zupełnie o niej zapomniałam.
- Tak, to był mój chłopak Teodor- odpowiedziałam zakłopotana- zaczęliśmy ze sobą chodzić pod koniec zeszłego roku szkolnego.
- Bardzo tajemniczy i skryty- skomentowała dziewczyna- widziałam go w aptece- zaśmiałam się.
- Dobrze go oceniłaś. Rzeczywiście, jest taki. Gdzieś chcesz jeszcze iść czy wracamy do domu?
- Mam wszystko z listy- stwierdziła, przeglądając papier- możemy iść do domu- kiwnęłam głową i wyszłyśmy na ulicę. Wpadłam po drodze by wziąć Proroka Codziennego. Ledwo go ujrzałam, zaraz podniosło mi ciśnienie. Wypisywali jakieś okropne rzeczy na Harrego, głównie oskarżając go o chorobę psychiczną i wmawiając kłamstwo.
Odprowadziłam Vivienne pod drzwi jej domu. Zbliżał się powoli wieczór.
- Bardzo ci dziękuję za pomoc- powiedziała- z zakupami i że zapoznałaś mnie ze wszystkim. Bardzo mi to ułatwi start w to otoczenie. Mój tata trochę o tym opowiadał, ale on też nie zna dokładnie tego świata.
- Nie ma za co- odpowiedziałam i uśmiechnęłam się- gdyby twój tata, mama albo ty coś jeszcze chcieli wiedzieć o szkole, to śmiało mnie pytajcie. Tej szkoły nie znam tak bardzo, ale podstawowe zagadnienia postaram się objaśnić.
- Jesteś kochana- stwierdziła i przytuliła mnie- dziwne, że tak ciepła osoba trafiła do domu dla ludzi przebiegłych i sprytnych.
- Tiara Przydziału miała inne zdanie na mój temat- odpowiedziałam. Gdy się pożegnałyśmy, ponownie wyciągnęłam gazetę i zaczęłam czytać. Prorok chce zrobić z Harrego wielkiego kłamcę. Ja mu wierzę. Jeśli by go nie widział, to wtedy by to powiedział? Czy byłby zdolny do zabicia Cedrika? Zdołałam go poznać na tyle, by wiedzieć, że zarówno nie jest kłamcą i perfidnym zabójcą. Podejrzewam, że w szkole rozpocznie się batalia między zwolennikami a przeciwnikami. Będę wspierać Harrego, bo jest moim idolem i imponuje mi swoimi dokonaniami.
środa, 16 października 2013
Rozdział XX
Od dnia powrotu do domu minęło już sporo czasu. Powiedziałam mamie o wszystkim, co spotkało mnie w domu Anastazji. Mimo tego, co się wydarzyło, traktowałam rodziców jak wcześniej. Wciąż są dla mnie ważni.
W końcu przyszedł list. Rozpoczynałam czwartą klasę. Nie mogłam się doczekać zakupów. Już miałam trochę dość tych wakacji. Były bardzo intensywne.
Kolejną niespodzianką, która mnie czekała, była Vivienne. Pewnego dnia ktoś do nas zapukał. Moja mama poszła otworzyć. Po chwili zawołała mnie. W drzwiach stała rodzina Hutch, nasi sąsiedzi.
- Witaj Pandoro- przywitał się ze mną pan Hutch- mamy do ciebie sprawę. Nasza córka dostała się do Hogwartu i chcielibyśmy, żebyś pomogła jej w zakupach.
- Może niech państwo wejdą do środka- zaproponowała mama. Ugościliśmy ich w salonie.
- Skąd pan wie, że chodzę do Hogwartu?- spytałam.
- Jestem charłakiem- odpowiedział, co zaskoczyło zarówno mnie jak i rodziców- obserwowałem, jak moje rodzeństwo szykuje się do szkoły, więc wiem. A tym bardziej cieszy mnie to, że w sąsiedztwie mieszka osoba, która może pomóc mojej córce.
- W takim razie chętnie pomogę- stwierdziłam i spojrzałam na Vivienne. Znałyśmy się trochę, głównie ze szkoły. Uśmiechnęła się do mnie i pokazała z dumą swój list. Przypomniał mi się mój początek.
- My, ze względu na brak czasu nie możemy towarzyszyć naszej córce. Gdy dyrektor Hogwartu nas odwiedził, zgodził się, byś ty wprowadziła naszą córeczkę do świata magii- powiedziała pani Hutch. Zaskoczyło mnie, że profesor Dumbledore darzy mnie takim zaufaniem. Skoro ja mu ufam, to on mi też ufa.
- Pochodzę z rodu czarodziejów czystej krwi- pan Hutch zaczął opowiadać swoją historię- jestem najstarszy z mojego rodzeństwa. Gdy ukończyłem 17 lat, rodzice oświadczyli, że mnie nie wydziedziczają, ale byłoby dla mnie lepiej, gdybym związał się z mugolem. Któż chciałby charłaka? No to szukałem. Aż znalazłem, moją kochaną żonę- pani Hutch zarumieniła się. Bardzo mi szkoda charłaków. Chcą w pełni należeć do świata czarodziejów a nie mogą. Dobrze, że pan Hutch spotkał swoją żonę i doczekał się z nią córki.
- Jesteśmy ci bardzo wdzięczni za zgodę na pomoc- stwierdziła pani Hutch- zaopiekujesz się naszą Vivienne- uśmiechnęłam się i kiwnęłam głową.
Wkrótce szkoła. Tak bardzo nie chciałam do niej iść. Najbardziej nie znosiłam dzieciaków ze swojej ulicy, bo często mi dogryzały.
Rozmyślając, spacerowałam po swojej Ruby Street. Myślałam, gdzie bym mogła się jeszcze przejść, by nie siedzieć w domu i nie patrzeć w telewizor, gdzie leciały same powtórki z całego roku. Rodzice byli w pracy, więc nie mogli mi dotrzymać towarzystwa. Gdy doszłam do końca ścieżki, gdzie ulica wychodziła na główną drogę, odwróciłam się. Stwierdziłam, że mogłabym wrócić do domu, wziąć parę pensów i kupić lody. Wtedy zauważyłam jakąś ciemną postać na schodkach do drzwi do mojego domu. Gdyby nie twarz i ręce, mogłabym uznać, że jest cały czarny. Rozejrzał się. Przez chwilę myślałam, że to ksiądz. Czyżby to miało coś wspólnego ze zdrowiem pani Hennis? Ostatnio zaprzestała wychodzenia z domu, więc ksiądz ją odwiedzał po mszy. Szybko podeszłam pod mój dom.
- Przepraszam?- spytałam, zachowując spokój. Mężczyzna odwrócił się i zaskoczył mnie. Miał haczykowaty nos, tłuste włosy do ramion, nieprzyjemny wyraz twarzy i chyba nie był księdzem- Czy mogę jakoś panu pomóc?
- Szukam Pandory Hill- powiedział powoli, oddzielając każde słowo.
- To ja- odpowiedziałam. Sięgnął ręką do kieszeni i wyjął z niej kopertę.
- Mam ci coś do przekazania, ale wolałbym o tym nie rozmawiać na ulicy- dodał. Wpuściłam go do środka. Ugościłam go w salonie.
- Mam rozumieć, że rodziców nie ma?- spytał po chwili.
- Są w pracy, mogą wrócić późno- odpowiedziałam- chce pan kawy, czy herbaty?
- Dziękuję, spieszę się- mruknął i wręczył mi kopertę. Było na niej moje imię i nazwisko i adres. Gdy ją otworzyłam i przeczytałam treść listu, oniemiałam. Zupełnie nie rozumiałam o co chodzi. Jaki Hogwart? Jakie czary? A może to ma związek z dziwnymi rzeczami, które się wokół mnie działy?
- Może mi pan wytłumaczyć, o co tu chodzi?- spytałam. Spojrzał na mnie miażdżącym wzrokiem.
- Szkoła magii i czarodziejstwa Hogwart przyjmuje dzieci ze zdolnościami magicznymi, które ukończyły 11 lat. W kopercie otrzymała pani listę rzeczy, które musi pani zakupić do 1 września. W trakcie siedmioletniej nauki pozna pani wszystko, co winien wiedzieć każdy czarodziej. Oprócz tego zdecyduje pani o swojej karierze i przyszłości- wyjaśnił- ja jestem Severus Snape i uczę eliksirów oraz jestem opiekunem Slytherinu, jednego z domów. Oprócz niego są jeszcze takie domy jak Gryffindor, Ravenclaw i Hufflepuff. Każdy z nich preferuje inne cechy.
- A skąd wiadomo, kto jakie posiada cechy?- spytałam, czując coraz większą ciekawość. Jeśli to była jakaś sekta, to miała bardzo ciekawą strukturę organizacyjną.
- Podczas ceremonii przydziału na głowę każdego pierwszorocznego nakładana jest Tiara Przydziału, która przydziela do odpowiednich domów- wyjaśnił i spojrzał na zegarek stojący na półce- w związku z tym, że czas mi się kończy, dodam jeszcze jedną rzecz. Rzeczy, które musisz zakupić do szkoły znajdują się na ulicy Pokątnej. Zaprowadzi cię do niej nasz specjalny wysłannik, który przybędzie tutaj za kilka dni. Czy masz jakieś pytania?
-Na obecną chwilę nie- stwierdziłam.
- W takim razie pozwoli pani, że opuszczę dom- gość wstał. Kiwnęłam głową i pożegnałam go.
W końcu przyszedł list. Rozpoczynałam czwartą klasę. Nie mogłam się doczekać zakupów. Już miałam trochę dość tych wakacji. Były bardzo intensywne.
Kolejną niespodzianką, która mnie czekała, była Vivienne. Pewnego dnia ktoś do nas zapukał. Moja mama poszła otworzyć. Po chwili zawołała mnie. W drzwiach stała rodzina Hutch, nasi sąsiedzi.
- Witaj Pandoro- przywitał się ze mną pan Hutch- mamy do ciebie sprawę. Nasza córka dostała się do Hogwartu i chcielibyśmy, żebyś pomogła jej w zakupach.
- Może niech państwo wejdą do środka- zaproponowała mama. Ugościliśmy ich w salonie.
- Skąd pan wie, że chodzę do Hogwartu?- spytałam.
- Jestem charłakiem- odpowiedział, co zaskoczyło zarówno mnie jak i rodziców- obserwowałem, jak moje rodzeństwo szykuje się do szkoły, więc wiem. A tym bardziej cieszy mnie to, że w sąsiedztwie mieszka osoba, która może pomóc mojej córce.
- W takim razie chętnie pomogę- stwierdziłam i spojrzałam na Vivienne. Znałyśmy się trochę, głównie ze szkoły. Uśmiechnęła się do mnie i pokazała z dumą swój list. Przypomniał mi się mój początek.
- My, ze względu na brak czasu nie możemy towarzyszyć naszej córce. Gdy dyrektor Hogwartu nas odwiedził, zgodził się, byś ty wprowadziła naszą córeczkę do świata magii- powiedziała pani Hutch. Zaskoczyło mnie, że profesor Dumbledore darzy mnie takim zaufaniem. Skoro ja mu ufam, to on mi też ufa.
- Pochodzę z rodu czarodziejów czystej krwi- pan Hutch zaczął opowiadać swoją historię- jestem najstarszy z mojego rodzeństwa. Gdy ukończyłem 17 lat, rodzice oświadczyli, że mnie nie wydziedziczają, ale byłoby dla mnie lepiej, gdybym związał się z mugolem. Któż chciałby charłaka? No to szukałem. Aż znalazłem, moją kochaną żonę- pani Hutch zarumieniła się. Bardzo mi szkoda charłaków. Chcą w pełni należeć do świata czarodziejów a nie mogą. Dobrze, że pan Hutch spotkał swoją żonę i doczekał się z nią córki.
- Jesteśmy ci bardzo wdzięczni za zgodę na pomoc- stwierdziła pani Hutch- zaopiekujesz się naszą Vivienne- uśmiechnęłam się i kiwnęłam głową.
Wkrótce szkoła. Tak bardzo nie chciałam do niej iść. Najbardziej nie znosiłam dzieciaków ze swojej ulicy, bo często mi dogryzały.
Rozmyślając, spacerowałam po swojej Ruby Street. Myślałam, gdzie bym mogła się jeszcze przejść, by nie siedzieć w domu i nie patrzeć w telewizor, gdzie leciały same powtórki z całego roku. Rodzice byli w pracy, więc nie mogli mi dotrzymać towarzystwa. Gdy doszłam do końca ścieżki, gdzie ulica wychodziła na główną drogę, odwróciłam się. Stwierdziłam, że mogłabym wrócić do domu, wziąć parę pensów i kupić lody. Wtedy zauważyłam jakąś ciemną postać na schodkach do drzwi do mojego domu. Gdyby nie twarz i ręce, mogłabym uznać, że jest cały czarny. Rozejrzał się. Przez chwilę myślałam, że to ksiądz. Czyżby to miało coś wspólnego ze zdrowiem pani Hennis? Ostatnio zaprzestała wychodzenia z domu, więc ksiądz ją odwiedzał po mszy. Szybko podeszłam pod mój dom.
- Przepraszam?- spytałam, zachowując spokój. Mężczyzna odwrócił się i zaskoczył mnie. Miał haczykowaty nos, tłuste włosy do ramion, nieprzyjemny wyraz twarzy i chyba nie był księdzem- Czy mogę jakoś panu pomóc?
- Szukam Pandory Hill- powiedział powoli, oddzielając każde słowo.
- To ja- odpowiedziałam. Sięgnął ręką do kieszeni i wyjął z niej kopertę.
- Mam ci coś do przekazania, ale wolałbym o tym nie rozmawiać na ulicy- dodał. Wpuściłam go do środka. Ugościłam go w salonie.
- Mam rozumieć, że rodziców nie ma?- spytał po chwili.
- Są w pracy, mogą wrócić późno- odpowiedziałam- chce pan kawy, czy herbaty?
- Dziękuję, spieszę się- mruknął i wręczył mi kopertę. Było na niej moje imię i nazwisko i adres. Gdy ją otworzyłam i przeczytałam treść listu, oniemiałam. Zupełnie nie rozumiałam o co chodzi. Jaki Hogwart? Jakie czary? A może to ma związek z dziwnymi rzeczami, które się wokół mnie działy?
- Może mi pan wytłumaczyć, o co tu chodzi?- spytałam. Spojrzał na mnie miażdżącym wzrokiem.
- Szkoła magii i czarodziejstwa Hogwart przyjmuje dzieci ze zdolnościami magicznymi, które ukończyły 11 lat. W kopercie otrzymała pani listę rzeczy, które musi pani zakupić do 1 września. W trakcie siedmioletniej nauki pozna pani wszystko, co winien wiedzieć każdy czarodziej. Oprócz tego zdecyduje pani o swojej karierze i przyszłości- wyjaśnił- ja jestem Severus Snape i uczę eliksirów oraz jestem opiekunem Slytherinu, jednego z domów. Oprócz niego są jeszcze takie domy jak Gryffindor, Ravenclaw i Hufflepuff. Każdy z nich preferuje inne cechy.
- A skąd wiadomo, kto jakie posiada cechy?- spytałam, czując coraz większą ciekawość. Jeśli to była jakaś sekta, to miała bardzo ciekawą strukturę organizacyjną.
- Podczas ceremonii przydziału na głowę każdego pierwszorocznego nakładana jest Tiara Przydziału, która przydziela do odpowiednich domów- wyjaśnił i spojrzał na zegarek stojący na półce- w związku z tym, że czas mi się kończy, dodam jeszcze jedną rzecz. Rzeczy, które musisz zakupić do szkoły znajdują się na ulicy Pokątnej. Zaprowadzi cię do niej nasz specjalny wysłannik, który przybędzie tutaj za kilka dni. Czy masz jakieś pytania?
-Na obecną chwilę nie- stwierdziłam.
- W takim razie pozwoli pani, że opuszczę dom- gość wstał. Kiwnęłam głową i pożegnałam go.
niedziela, 13 października 2013
Rozdział XIX
- Witajcie...- przywitałam się, będąc w szoku. Na przeciwko mnie stała Katja, Lew i Dymitr.
- Panduora!- mój kolega wybauszył oczy- a co ty tu robisz? Nie wysyłaljismy ciebia zapruoszenja....
- To długa historia- moja mama wstała- Dymitr, zawołaj tatę i rodzeństwo- chłopiec pobiegł szybko. Anastazja przywołała dużą kanapę i parę krzeseł. Katja i Lew usiedli blisko siebie. Pierwszy raz od balu bożonarodzeniowego czułam się tak skrępowana w obecności Lwa. Po chwili dołączyła do nas reszta rodziny. Na końcu przyszedł wysoki mężczyzna z krótkimi, ciemnymi włosami i gęstą brodą do końca twarzy. Gdy mnie zobaczył, zatrzymał się.
- Ne...- szepnął- njewozmoźnyje...
- Sidjet, Ivan- powiedziała Anastazja. Gdy on zajął miejsce, ona opowiedziała po rosyjsku wszystkim naszą historię. Gdy skończyła, wszyscy spojrzeli na mnie. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię.
- Ti maja sjestra?- spytała Katja.
- W jakimś sensie tak...- odpowiedziałam. Ivan zaczął coś mówić po rosyjsku. Po chwili przyszła Mania i podała herbaty.
- Może nam opowiesz o swoich losach?- zaproponowała Anastazja. Kiwnęłam głową.
- Jak miałam 2 latka, adoptowała mnie zwykła rodzina. Nie mogli mieć dzieci. W wieku 11 lat dostałam list z Hogwartu i dostałam się do Slytherinu. W sumie tyle.
- Tego chciał Rabastan- stwierdziła smutno Anastazja- żebyś trafiła do mugolskiej rodziny i ślad o tobie przepadł.
Anastazja zdecydowała, że zanocuję u nich i następnego dnia wrócę do ojca. Zostało mi przygotowane łóżko w pokoju Tatiany. Poznałam bliżej ją, Dymitra, Nikołaja i Ivana. Dowiedziałam się, że Nikołaj i Katja to dzieci Ivana z poprzedniego małżeństwa. Jego żona zmarła na smoczą ospę, gdy byli malutcy. Potem wyjechał do Anglii, gdzie poznał rodzinę Anastazji i zgodził się na małżeństwo z nią. Ich wspólnymi dziećmi są Dymitr i Tatiana.Wszyscy chodzą do Durmstrangu. Ivan też jest jego absolwentem. Jedynie Anastazja w tej rodzinie ukończyła Hogwart. Lew stwierdził, że jestem najbardziej podobna do matki, niż Tatiana czy Dymitr. Było to z jednej strony miłe, a z drugiej trochę bolesne. Jestem podobna do osoby, z którą nic mnie nie łączy, po za urodzeniem.
- Jak wyglądał Rabastan?- spytałam. Anastazja spojrzała przed siebie i zamyśliła się. Nie widziała go prawie 15 lat.
- Był bardzo przystojnym mężczyzną. Miał długie, rudoblond włosy, postawny, wysoki, ostre rysy twarzy i te przenikliwe, ciemne oczy...- po chwili spojrzała na mnie- masz jego gabaryty- zaskoczyło mnie to. Zawsze miałam siebie za drobną dziewczynę.
- Jaki był przed moimi narodzinami?
- Był naprawdę wspaniałym człowiekiem- Anastazja uśmiechnęła się- zachowywał się jak prawdziwy dżentelmen. Mieliśmy dużo wspólnych tematów. Niestety, łatwo też ulegał wpływom rodziny a najbardziej starszego brata, Rudolfa. On go zaciągnął do służby jako śmierciożerca. Nie podobało mi się to. Mimo, że moja rodzina popierała tego Voldemorta, nie odważyli by się wysłać swoje dziecko na takie poświęcenie. Po naszym spotkaniu w czasie ferii wielkanocnych chciałam go przekonać, by z tym skończył, ale pokłóciliśmy się i wyjechałam. Myślałam, że jak będziemy ze sobą bliżej, to przekonam go, żeby był ze mną a nie z nimi. Potem okazało się, że zaszłam w ciążę...
- Żałowałaś, że się pojawiłam?- to pytanie zarówno mnie jak i ją mogło zaboleć. Ale musiałam to wiedzieć.
- Prawdę mówiąc... Gdy powiedziałam o niej Rabastanowi a on zareagował, jak zareagował, to czułam wściekłość, że jesteś. Myślałam, że będziesz przekonującym argumentem, by się mną zajął. Przez chwilę pomyślałam, że to twoja wina. Ale porozmawiałam ze swoją rodziną i bliską koleżanką i uświadomiłam sobie, że to on zdecydował i nic na to nie poradzę. A ciebie urodziłam, bo ty tu byłaś najmniej winna.
- Dziękuję- odpowiedziałam i poczułam, że łzy napływają mi do oczu. Dzięki jej sile mogę tutaj teraz być. Przytuliła mnie. Anastazja zostanie dla mnie kimś ważnym. Muszę ją poznać z moimi rodzicami.
- A może zechciałabyś poznać moich rodziców?- spytałam. Zaskoczyła ją ta propozycja- oni bardzo mnie wspierają w mojej edukacji i chętnie poznają świat magii. Na pewno ciepło cię przyjmą.
- Prawdę mówiąc...- zmieszała się- to bardzo ciekawa propozycja. Jak znajdę czas, to na pewno cię odwiedzę.
Zapisałam jej adres. Wytłumaczyłam też, jak do mnie dotrzeć. Była bardzo wdzięczna za to.
Po 12.00 Cała rodzina odprowadziła mnie do peronu. Przyłączył się też Lew.
- Bardzo się cieszę, że was poznałam- stwierdziłam- jesteście świetną rodziną.
- Mi również cjeszimi sję, żje nas odwiedzilas- stwierdził Ivan.
- Zanjim odjedzjesz- wtrącił się Lew- dostanjesz od nas zapruoszenje na śliub- wręczył mi pozłacaną kopertę.
- Bardzo wam dziękuję- czułam się naprawdę wzruszona- nie mogę się doczekać, kiedy znów się spotkamy.
Dopóki nie zniknęli z widoku machałam do nich. Do Petersburga dotarłam szybciej, niż myślałam. Czekał na mnie tata. Podczas drogi do hotelu opowiadałam mu o wszystkim.
- Panduora!- mój kolega wybauszył oczy- a co ty tu robisz? Nie wysyłaljismy ciebia zapruoszenja....
- To długa historia- moja mama wstała- Dymitr, zawołaj tatę i rodzeństwo- chłopiec pobiegł szybko. Anastazja przywołała dużą kanapę i parę krzeseł. Katja i Lew usiedli blisko siebie. Pierwszy raz od balu bożonarodzeniowego czułam się tak skrępowana w obecności Lwa. Po chwili dołączyła do nas reszta rodziny. Na końcu przyszedł wysoki mężczyzna z krótkimi, ciemnymi włosami i gęstą brodą do końca twarzy. Gdy mnie zobaczył, zatrzymał się.
- Ne...- szepnął- njewozmoźnyje...
- Sidjet, Ivan- powiedziała Anastazja. Gdy on zajął miejsce, ona opowiedziała po rosyjsku wszystkim naszą historię. Gdy skończyła, wszyscy spojrzeli na mnie. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię.
- Ti maja sjestra?- spytała Katja.
- W jakimś sensie tak...- odpowiedziałam. Ivan zaczął coś mówić po rosyjsku. Po chwili przyszła Mania i podała herbaty.
- Może nam opowiesz o swoich losach?- zaproponowała Anastazja. Kiwnęłam głową.
- Jak miałam 2 latka, adoptowała mnie zwykła rodzina. Nie mogli mieć dzieci. W wieku 11 lat dostałam list z Hogwartu i dostałam się do Slytherinu. W sumie tyle.
- Tego chciał Rabastan- stwierdziła smutno Anastazja- żebyś trafiła do mugolskiej rodziny i ślad o tobie przepadł.
Anastazja zdecydowała, że zanocuję u nich i następnego dnia wrócę do ojca. Zostało mi przygotowane łóżko w pokoju Tatiany. Poznałam bliżej ją, Dymitra, Nikołaja i Ivana. Dowiedziałam się, że Nikołaj i Katja to dzieci Ivana z poprzedniego małżeństwa. Jego żona zmarła na smoczą ospę, gdy byli malutcy. Potem wyjechał do Anglii, gdzie poznał rodzinę Anastazji i zgodził się na małżeństwo z nią. Ich wspólnymi dziećmi są Dymitr i Tatiana.Wszyscy chodzą do Durmstrangu. Ivan też jest jego absolwentem. Jedynie Anastazja w tej rodzinie ukończyła Hogwart. Lew stwierdził, że jestem najbardziej podobna do matki, niż Tatiana czy Dymitr. Było to z jednej strony miłe, a z drugiej trochę bolesne. Jestem podobna do osoby, z którą nic mnie nie łączy, po za urodzeniem.
- Jak wyglądał Rabastan?- spytałam. Anastazja spojrzała przed siebie i zamyśliła się. Nie widziała go prawie 15 lat.
- Był bardzo przystojnym mężczyzną. Miał długie, rudoblond włosy, postawny, wysoki, ostre rysy twarzy i te przenikliwe, ciemne oczy...- po chwili spojrzała na mnie- masz jego gabaryty- zaskoczyło mnie to. Zawsze miałam siebie za drobną dziewczynę.
- Jaki był przed moimi narodzinami?
- Był naprawdę wspaniałym człowiekiem- Anastazja uśmiechnęła się- zachowywał się jak prawdziwy dżentelmen. Mieliśmy dużo wspólnych tematów. Niestety, łatwo też ulegał wpływom rodziny a najbardziej starszego brata, Rudolfa. On go zaciągnął do służby jako śmierciożerca. Nie podobało mi się to. Mimo, że moja rodzina popierała tego Voldemorta, nie odważyli by się wysłać swoje dziecko na takie poświęcenie. Po naszym spotkaniu w czasie ferii wielkanocnych chciałam go przekonać, by z tym skończył, ale pokłóciliśmy się i wyjechałam. Myślałam, że jak będziemy ze sobą bliżej, to przekonam go, żeby był ze mną a nie z nimi. Potem okazało się, że zaszłam w ciążę...
- Żałowałaś, że się pojawiłam?- to pytanie zarówno mnie jak i ją mogło zaboleć. Ale musiałam to wiedzieć.
- Prawdę mówiąc... Gdy powiedziałam o niej Rabastanowi a on zareagował, jak zareagował, to czułam wściekłość, że jesteś. Myślałam, że będziesz przekonującym argumentem, by się mną zajął. Przez chwilę pomyślałam, że to twoja wina. Ale porozmawiałam ze swoją rodziną i bliską koleżanką i uświadomiłam sobie, że to on zdecydował i nic na to nie poradzę. A ciebie urodziłam, bo ty tu byłaś najmniej winna.
- Dziękuję- odpowiedziałam i poczułam, że łzy napływają mi do oczu. Dzięki jej sile mogę tutaj teraz być. Przytuliła mnie. Anastazja zostanie dla mnie kimś ważnym. Muszę ją poznać z moimi rodzicami.
- A może zechciałabyś poznać moich rodziców?- spytałam. Zaskoczyła ją ta propozycja- oni bardzo mnie wspierają w mojej edukacji i chętnie poznają świat magii. Na pewno ciepło cię przyjmą.
- Prawdę mówiąc...- zmieszała się- to bardzo ciekawa propozycja. Jak znajdę czas, to na pewno cię odwiedzę.
Zapisałam jej adres. Wytłumaczyłam też, jak do mnie dotrzeć. Była bardzo wdzięczna za to.
Po 12.00 Cała rodzina odprowadziła mnie do peronu. Przyłączył się też Lew.
- Bardzo się cieszę, że was poznałam- stwierdziłam- jesteście świetną rodziną.
- Mi również cjeszimi sję, żje nas odwiedzilas- stwierdził Ivan.
- Zanjim odjedzjesz- wtrącił się Lew- dostanjesz od nas zapruoszenje na śliub- wręczył mi pozłacaną kopertę.
- Bardzo wam dziękuję- czułam się naprawdę wzruszona- nie mogę się doczekać, kiedy znów się spotkamy.
Dopóki nie zniknęli z widoku machałam do nich. Do Petersburga dotarłam szybciej, niż myślałam. Czekał na mnie tata. Podczas drogi do hotelu opowiadałam mu o wszystkim.
piątek, 11 października 2013
Rozdział XVIII
Następnego dnia byłam przygotowana na drogę. Tata odprowadził mnie na peron. Podróż trwała parę godzin, bo czasami pociąg stawał w miejscu. W końcu dojechałam. Trafiłam na małą wieś, gdzie co jakiś czas ukazywał się mały domek z gospodarstwem i polem różnej uprawy. Nie miałam pojęcia, gdzie się skierować. Wtedy przypomniałam sobie o Zaklęciu Czterech Stron Świata. Schowałam się do ciemnego boru, żeby nikt mnie nie widział.
- Wskaż mi- szepnęłam, myśląc o Anastazji, a z mojej różdżki wypłynęła nitka. Dzięki temu wiedziałam, gdzie mam się kierować. Szłam powoli i obserwowałam otoczenie. Obawiałam się, że mógłby mnie ktoś zaatakować i ograbić. Miałam różdżkę pod ręką. Droga wydawała się nie mieć końca. Po półgodzinie ukazał mi się bajkowy dom. Pistacjowy, w stylu klasycznym i ogrodem. Przy drzwiach stały dwa duże gryfy. Wzięłam głęboki oddech i zapukałam w drzwi. Po chwili otworzył mi wysoki chłopak z ciemnymi włosami i wielkimi, błękitnymi oczami.
- Kto eto?- spytał po rosyjsku.
- Mienia zawod Pandora- przedstawiłam się- vu zdjes sfietie Anastazja?
- Da- odpowiedział zaskoczony i odszedł. Pozwoliłam sobie wejść do środka. W środku wyglądało to jeszcze bardziej okazale. Portrety różnych osób na ścianie spały. W kominku palił się ogień i oświetlał niedźwiedzie skóry na ścianie. Złotą poręcz marmurowych schodów ozdabiała głowa węża.
- Mama, ona- usłyszałam po chwili głos tego chłopca. Po chwili ujrzałam jego i Anastazję. Miała jasne włosy związane w warkocz, suknię z szerokim rondem i oczy tego samego koloru co ja.
- Merlinie...- szepnęła i odwróciła się do chłopca- Dimitr, ostawcje nas w pokoje- kiwnął głową, spojrzał na mnie i pobiegł po schodach do góry. Stałyśmy na przeciwko siebie w ciszy. W oczach Anastazji zbierały się łzy. Trzymała się na twarz- nie mogę w to uwierzyć. To naprawdę ty, Pandora?
- Tak- odpowiedziałam. Czułam, że nogi zmieniają się w cement- ty jesteś Anastazja...- rozpłakała się. Po chwili z kieszonki wyjęła chusteczkę i wytarła oczy.
- Przepraszam- powiedziała i spojrzała na mnie- proszę, usiądź. Pewnie przebyłaś kawał drogi- wskazała na dwa fotele przed kominkiem. Usiadłam i zaczekałam, aż ona zajmie swój.
- Jak ci się udało mnie znaleźć?- spytała.
- Ktoś mi przysłał dwa listy, z których jeden był twój- odpowiedziałam- w nich wyczytałam prawdę o sobie. Z pomocą taty przyjechałam do Petersburga i przyjechałam tutaj sama. Pomogłam sobie też Zaklęciem Czterech Stron Świata.
- Ten ktoś wywrócił ci życie do góry nogami, prawda?- zadała kolejne pytanie. Po chwili podeszła do nas dziwna istota, ubrana w poszarpaną sukienkę. Anastazja coś do niej powiedziała. Istota kiwnęła głową i odeszła- zaraz Mania przyniesie nam herbaty. Kontynuujmy.
- Tak, wywróciło- odpowiedziałam i przypomniałam sobie tamtą chwilę- nie wiem kto i w jakim celu to przysłał, ale miał w tym jakiś cel. Pokłóciłam się z rodzicami ale niedługo potem pogodziłam się.
- Też nie wiem, kto to mógł zrobić- stwierdziła- chcesz poznać historię twoich narodzin i jak do tego doszło?- czytała mi w myślach. Kiwnęłam nieśmiało głową. Mania przyniosła nam wielki samowar, z którego nalała nam herbaty i odeszła. Anastazja wypiła herbatę i spojrzała mi głęboko w oczy.
- Miałam 17 lat, gdy cię urodziłam- zaczęła. Zaskoczyła mnie- twój ojciec był ode mnie starszy o rok. Byliśmy parą w szkole. Gdy w siódmej klasie rodzice zgodzili się, bym odwiedziła go na ferie wielkanocne, nie myśleli, tak jak i ja, że wrócę do szkoły w ciąży. Udawało mi się ukrywać ciążę do ukończenia nauki. On się o wszystkim dowiedział i kazał mi porzucić dziecko. Rodzice też tego chcieli, jednak zdali sobie sprawę, że może dojść do skandalu i postanowili, że oddam dziecko do mugolskiego domu dziecka a potem ożenię się z wdowcem z Rosji. Musiałam przystać na te warunki, bo inaczej mogłam zostać wydziedziczona i tułać się z dzieckiem po świecie. Postąpiłam tak jak mi kazali i po paru miesiącach wyszłam za Ivana, po czym przeniosłam się tutaj.
- A co Rabastan na to?- spytałam. Na sam dźwięk tego imienia Anastazja skrzywiła się.
- Rabastan... Nie mieliśmy ze sobą kontaktu od kiedy dowiedział się o tobie. Tuż przed moim ślubie został zamknięty w Azkabanie za doprowadzenie do szaleństwa pewnych aurorów.
- Dlaczego to zrobił?- ta informacja była dla mnie bardzo zaskakująca.
- Tuż po szkole przyłączył się do śmierciożerców, tak jak starszy brat i jego żona- wyjaśniła i spojrzała w kominek- mogłam się tego spodziewać.
- Mimo wszystko go kochałaś?- uśmiechnęła się.
- W głębi serca myślałam, że się z tego wycofa, dla mnie... Ale on by tego nie zrobił nawet, gdyby mnie naprawdę kochał- westchnęła- należał do rodu, który od zawsze popierał tego Voldemorta.
- Jak to odebrałaś?
- Byłam w szoku, że dopuścił do takiego czynu. Ale zdałam sobie sprawę, że to już jest po za zasięgiem moich zainteresowań. Zajęłam się moją nową rodziną. Ivan okazał się być wspaniałym mężczyzną. Dymitr, ten który otworzył ci drzwi, jest naszym wspólnym synem. Oprócz tego, mamy jeszcze dwójkę dzieci z jego poprzedniego małżeństwa i jedną wspólną dziewczynkę.
- Duża rodzina- stwierdziłam i uśmiechnęłam się- cieszysz się z niej?
- Wiele dla niej poświęciłam- stwierdziła i poprawiła się- są dla mnie bardzo ważni.
- Mama?- usłyszałam znajomy głos. Ktoś, a nawet więcej ktosiów pojawiło się na schodach. Stwierdziłam, że to pewnie wspomniane dzieci i poczekałam, aż do nas podejdą. Jakże wielki był to szok, gdy odkryłam, kto do nas przyszedł....
- Wskaż mi- szepnęłam, myśląc o Anastazji, a z mojej różdżki wypłynęła nitka. Dzięki temu wiedziałam, gdzie mam się kierować. Szłam powoli i obserwowałam otoczenie. Obawiałam się, że mógłby mnie ktoś zaatakować i ograbić. Miałam różdżkę pod ręką. Droga wydawała się nie mieć końca. Po półgodzinie ukazał mi się bajkowy dom. Pistacjowy, w stylu klasycznym i ogrodem. Przy drzwiach stały dwa duże gryfy. Wzięłam głęboki oddech i zapukałam w drzwi. Po chwili otworzył mi wysoki chłopak z ciemnymi włosami i wielkimi, błękitnymi oczami.
- Kto eto?- spytał po rosyjsku.
- Mienia zawod Pandora- przedstawiłam się- vu zdjes sfietie Anastazja?
- Da- odpowiedział zaskoczony i odszedł. Pozwoliłam sobie wejść do środka. W środku wyglądało to jeszcze bardziej okazale. Portrety różnych osób na ścianie spały. W kominku palił się ogień i oświetlał niedźwiedzie skóry na ścianie. Złotą poręcz marmurowych schodów ozdabiała głowa węża.
- Mama, ona- usłyszałam po chwili głos tego chłopca. Po chwili ujrzałam jego i Anastazję. Miała jasne włosy związane w warkocz, suknię z szerokim rondem i oczy tego samego koloru co ja.
- Merlinie...- szepnęła i odwróciła się do chłopca- Dimitr, ostawcje nas w pokoje- kiwnął głową, spojrzał na mnie i pobiegł po schodach do góry. Stałyśmy na przeciwko siebie w ciszy. W oczach Anastazji zbierały się łzy. Trzymała się na twarz- nie mogę w to uwierzyć. To naprawdę ty, Pandora?
- Tak- odpowiedziałam. Czułam, że nogi zmieniają się w cement- ty jesteś Anastazja...- rozpłakała się. Po chwili z kieszonki wyjęła chusteczkę i wytarła oczy.
- Przepraszam- powiedziała i spojrzała na mnie- proszę, usiądź. Pewnie przebyłaś kawał drogi- wskazała na dwa fotele przed kominkiem. Usiadłam i zaczekałam, aż ona zajmie swój.
- Jak ci się udało mnie znaleźć?- spytała.
- Ktoś mi przysłał dwa listy, z których jeden był twój- odpowiedziałam- w nich wyczytałam prawdę o sobie. Z pomocą taty przyjechałam do Petersburga i przyjechałam tutaj sama. Pomogłam sobie też Zaklęciem Czterech Stron Świata.
- Ten ktoś wywrócił ci życie do góry nogami, prawda?- zadała kolejne pytanie. Po chwili podeszła do nas dziwna istota, ubrana w poszarpaną sukienkę. Anastazja coś do niej powiedziała. Istota kiwnęła głową i odeszła- zaraz Mania przyniesie nam herbaty. Kontynuujmy.
- Tak, wywróciło- odpowiedziałam i przypomniałam sobie tamtą chwilę- nie wiem kto i w jakim celu to przysłał, ale miał w tym jakiś cel. Pokłóciłam się z rodzicami ale niedługo potem pogodziłam się.
- Też nie wiem, kto to mógł zrobić- stwierdziła- chcesz poznać historię twoich narodzin i jak do tego doszło?- czytała mi w myślach. Kiwnęłam nieśmiało głową. Mania przyniosła nam wielki samowar, z którego nalała nam herbaty i odeszła. Anastazja wypiła herbatę i spojrzała mi głęboko w oczy.
- Miałam 17 lat, gdy cię urodziłam- zaczęła. Zaskoczyła mnie- twój ojciec był ode mnie starszy o rok. Byliśmy parą w szkole. Gdy w siódmej klasie rodzice zgodzili się, bym odwiedziła go na ferie wielkanocne, nie myśleli, tak jak i ja, że wrócę do szkoły w ciąży. Udawało mi się ukrywać ciążę do ukończenia nauki. On się o wszystkim dowiedział i kazał mi porzucić dziecko. Rodzice też tego chcieli, jednak zdali sobie sprawę, że może dojść do skandalu i postanowili, że oddam dziecko do mugolskiego domu dziecka a potem ożenię się z wdowcem z Rosji. Musiałam przystać na te warunki, bo inaczej mogłam zostać wydziedziczona i tułać się z dzieckiem po świecie. Postąpiłam tak jak mi kazali i po paru miesiącach wyszłam za Ivana, po czym przeniosłam się tutaj.
- A co Rabastan na to?- spytałam. Na sam dźwięk tego imienia Anastazja skrzywiła się.
- Rabastan... Nie mieliśmy ze sobą kontaktu od kiedy dowiedział się o tobie. Tuż przed moim ślubie został zamknięty w Azkabanie za doprowadzenie do szaleństwa pewnych aurorów.
- Dlaczego to zrobił?- ta informacja była dla mnie bardzo zaskakująca.
- Tuż po szkole przyłączył się do śmierciożerców, tak jak starszy brat i jego żona- wyjaśniła i spojrzała w kominek- mogłam się tego spodziewać.
- Mimo wszystko go kochałaś?- uśmiechnęła się.
- W głębi serca myślałam, że się z tego wycofa, dla mnie... Ale on by tego nie zrobił nawet, gdyby mnie naprawdę kochał- westchnęła- należał do rodu, który od zawsze popierał tego Voldemorta.
- Jak to odebrałaś?
- Byłam w szoku, że dopuścił do takiego czynu. Ale zdałam sobie sprawę, że to już jest po za zasięgiem moich zainteresowań. Zajęłam się moją nową rodziną. Ivan okazał się być wspaniałym mężczyzną. Dymitr, ten który otworzył ci drzwi, jest naszym wspólnym synem. Oprócz tego, mamy jeszcze dwójkę dzieci z jego poprzedniego małżeństwa i jedną wspólną dziewczynkę.
- Duża rodzina- stwierdziłam i uśmiechnęłam się- cieszysz się z niej?
- Wiele dla niej poświęciłam- stwierdziła i poprawiła się- są dla mnie bardzo ważni.
- Mama?- usłyszałam znajomy głos. Ktoś, a nawet więcej ktosiów pojawiło się na schodach. Stwierdziłam, że to pewnie wspomniane dzieci i poczekałam, aż do nas podejdą. Jakże wielki był to szok, gdy odkryłam, kto do nas przyszedł....
Rozdział XVII
Przez kilka dni zastanawiałam się nad tym wszystkim. Czytałam kilka razy te listy. Czułam się, jakby runęło na mnie wszystko. Jedyne, co mogłam z tego zrozumieć, to że Anastazja i Rabastan byli ze sobą na tyle blisko, że doszło między nimi do zbliżenia i 9 miesięcy później urodziłam się ja. Rabastan nie chciał tego dziecka a Anastazja musiała mnie oddać. Potem założyła nową rodzinę. Nie wiedziałam zupełnie, co mam dalej robić. Chciałam to wszystko wyjaśnić i poznać całą prawdę, ale nie wiedziałam jak. Anastazja mieszkała gdzieś w Rosji. Można było tylko na zaproszenie się tam dostać. Teoretycznie mogłabym się inaczej tam dostać, ale nie umiem się teleportować a wątpię, czy mój lot na miotle skończył się dobrze dla mnie i mugoli.
Gdy czułam, że jestem w beznadziejnej sytuacji, z pomocą przybył mi tata.
- Pandorko, mam dla ciebie dobrą wiadomość- powiedział i zdjął płaszcz- udało mi się namówić moich współpracowników, byśmy zaczęli interesy w Petersburgu. Niedługo przyjdą specjalne zaproszenia od firmy zainteresowanej współpracą z nami. Poprosiłem o jedno dla ciebie, pod pretekstem odwiedzenia rodziny.
- Nie wiem, jak ci mogę podziękować- stwierdziłam bardzo ucieszona- przepraszam, że na was tak nakrzyczałam wtedy.
- Byłaś pod wpływem silnych emocji- powiedział tata- po za tym, to był dla ciebie spory szok. Zrobiłem, co w mojej mocy, żeby ci pomóc- przytuliłam go mocno. Bez względu na wszystko, to on i mama są moimi rodzicami. Wychowali mnie, otoczyli opieką i miłością, chcieli dla mnie jak najlepiej. Gdy mama wróciła, powiedzieliśmy jej o wszystkim. Również ucieszyła się z naszego wyjazdu.
Teodor nie przysłał do mnie żadnego listu. Było mi trochę przykro i nawet pomyślałam, że potraktował mnie jak chwilową przyjemność. Chciałam napisać do niego, ale pomyślałam, że skoro on mnie tak potraktował, to nie będę skomleć o uwagę. Bliźniaczki przysłały mi list i zdjęcie ze Stonehenge oraz spóźniony prezent urodzinowy, katarynkę z czarownicą latającą na miotle wokół kociołka. Wygrywała uroczą melodyjkę. Nie mogłam się doczekać zaproszenia od Lwa i Katji. Wciąż czułam dumę, że udało mi się ich pogodzić. W wolnych chwilach czytałam szkolne książki, by nie zapomnieć o tym, czego się nauczyłam.
W połowie miesiąca przyszły te zaproszenia. Spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy, w tym różdżkę i te listy. Wzięłam też ubrania na zmianę, gdybym coś mi się stało. Pod okiem rodziców przestudiowałam wszystkie zaklęcia obrony i walki. Gdy mama upewniła się, że może mnie wypuścić, wyszliśmy z domu. Wsiedliśmy wszyscy do auta i pojechaliśmy na King's Cross, skąd pociągiem mieliśmy pojechać na lotnisko w Luton. Mama towarzyszyła nam do stacji. Przytuliłam ją mocno i obiecałam, że wrócę cała i zdrowa.
Do Petersburga leciał z nami kolega z pracy taty, Andrew. Załatwił hotel, gdzie przyjdą ci partnerzy od interesu. Ja się bardzo denerwowałam, czy ja dotrę do tej dziwnej miejscowości. W hotelu zorientowaliśmy się, gdzie znajduje się Kovalyovo. Dojeżdżały tam pociągi, więc mogłam tam spokojnie dojechać. Jako, że przyjechaliśmy wcześnie, to obejrzeliśmy troszkę miasta. Znam częściowo jego historię i to nadaje temu miejscu niesamowitości. Po południu przyszli panowie, z którymi mój ojciec chce robić interesy. Bardzo się denerwowałam spotkaniem z Anastazją, tym bardziej, że ja jej nie znam ani ona mnie. Nawet przez myśl mi przeszło, że może nie powinnam jej odwiedzać, by nie niszczyć jej dotychczasowego życia, które odbudowywała ciężką pracą. Jestem powodem jej cierpienia. Ale czuję, że jeśli nie zrobię tego teraz, to nie uczynię tego nigdy. Chcę poznać historię mojego przyjścia na świat i dlaczego zostałam oddana. Kiedyś musi dojść do naszego spotkania.
Gdy czułam, że jestem w beznadziejnej sytuacji, z pomocą przybył mi tata.
- Pandorko, mam dla ciebie dobrą wiadomość- powiedział i zdjął płaszcz- udało mi się namówić moich współpracowników, byśmy zaczęli interesy w Petersburgu. Niedługo przyjdą specjalne zaproszenia od firmy zainteresowanej współpracą z nami. Poprosiłem o jedno dla ciebie, pod pretekstem odwiedzenia rodziny.
- Nie wiem, jak ci mogę podziękować- stwierdziłam bardzo ucieszona- przepraszam, że na was tak nakrzyczałam wtedy.
- Byłaś pod wpływem silnych emocji- powiedział tata- po za tym, to był dla ciebie spory szok. Zrobiłem, co w mojej mocy, żeby ci pomóc- przytuliłam go mocno. Bez względu na wszystko, to on i mama są moimi rodzicami. Wychowali mnie, otoczyli opieką i miłością, chcieli dla mnie jak najlepiej. Gdy mama wróciła, powiedzieliśmy jej o wszystkim. Również ucieszyła się z naszego wyjazdu.
Teodor nie przysłał do mnie żadnego listu. Było mi trochę przykro i nawet pomyślałam, że potraktował mnie jak chwilową przyjemność. Chciałam napisać do niego, ale pomyślałam, że skoro on mnie tak potraktował, to nie będę skomleć o uwagę. Bliźniaczki przysłały mi list i zdjęcie ze Stonehenge oraz spóźniony prezent urodzinowy, katarynkę z czarownicą latającą na miotle wokół kociołka. Wygrywała uroczą melodyjkę. Nie mogłam się doczekać zaproszenia od Lwa i Katji. Wciąż czułam dumę, że udało mi się ich pogodzić. W wolnych chwilach czytałam szkolne książki, by nie zapomnieć o tym, czego się nauczyłam.
W połowie miesiąca przyszły te zaproszenia. Spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy, w tym różdżkę i te listy. Wzięłam też ubrania na zmianę, gdybym coś mi się stało. Pod okiem rodziców przestudiowałam wszystkie zaklęcia obrony i walki. Gdy mama upewniła się, że może mnie wypuścić, wyszliśmy z domu. Wsiedliśmy wszyscy do auta i pojechaliśmy na King's Cross, skąd pociągiem mieliśmy pojechać na lotnisko w Luton. Mama towarzyszyła nam do stacji. Przytuliłam ją mocno i obiecałam, że wrócę cała i zdrowa.
Do Petersburga leciał z nami kolega z pracy taty, Andrew. Załatwił hotel, gdzie przyjdą ci partnerzy od interesu. Ja się bardzo denerwowałam, czy ja dotrę do tej dziwnej miejscowości. W hotelu zorientowaliśmy się, gdzie znajduje się Kovalyovo. Dojeżdżały tam pociągi, więc mogłam tam spokojnie dojechać. Jako, że przyjechaliśmy wcześnie, to obejrzeliśmy troszkę miasta. Znam częściowo jego historię i to nadaje temu miejscu niesamowitości. Po południu przyszli panowie, z którymi mój ojciec chce robić interesy. Bardzo się denerwowałam spotkaniem z Anastazją, tym bardziej, że ja jej nie znam ani ona mnie. Nawet przez myśl mi przeszło, że może nie powinnam jej odwiedzać, by nie niszczyć jej dotychczasowego życia, które odbudowywała ciężką pracą. Jestem powodem jej cierpienia. Ale czuję, że jeśli nie zrobię tego teraz, to nie uczynię tego nigdy. Chcę poznać historię mojego przyjścia na świat i dlaczego zostałam oddana. Kiedyś musi dojść do naszego spotkania.
czwartek, 10 października 2013
Rozdział XVI
- Mamo, tato, mam chłopaka- poinformowałam ich przy śniadaniu. Nie zrobiłam tego wczoraj wieczorem, bo byłam już zmęczona. Ojciec się zakrztusił. Mama poklepała go po plecach i po chwili odzyskał oddech.
- Kto to? Z jakiego domu? Ile ma lat?- spytała mama.
- To Teodor, kolega z mojego domu. Jest o rok starszy- odpowiedziałam- opowiadałam wam o nim.
- Już się bałem, że z tym Lwem jesteś...- westchnął tata.
- Przecież pisałam, że pogodziłam go z Katją- odpowiedziałam i nalałam sobie herbaty- chcą mi przysłać zaproszenie na ślub.
- No, to ładnie ich pogodziłaś- zaśmiała się mama. Opowiedziałam im, o tragedii na turnieju i o Voldemorcie. Pocieszyli mnie, że na pewno nic mi nie grozi i że będzie dobrze. Denerwowałam się, bo on likwiduje czarodziei pochodzenia mugolskiego, a ja jestem jedną z takich.
Ta jedna chwila zniszczyła mi życie. Świat przewrócił się do góry nogami.
Wraz z kolejną prenumeratą Proroka Codziennego przyszła inna sowa. Najpierw odebrałam gazetę i zapłaciłam kurierowi a potem zajęłam się drugim przybyszem. To była zwykła koperta. Aurora nie zareagowała dobrze na innego przedstawiciela swojego gatunku. Nie poznałam danych osoby, która ją wysłała. Po otwarciu, przestało mieć to znaczenie. Znajdowały się w niej dwa listy.
Drogi Lucjuszu. Anastazja zrobiła tak jak jej kazaliśmy. Pozbyła się bachora. Mam nadzieję, że ta historia się zakończyła. Jeszcze tego by brakowało, żebym musiał wychowywać bękarta. Rudolf by mnie wyśmiał a Bellatriks potraktowała serią różnych zaklęć. Wiesz, jak ona jest przywiązana do rodowych wartości. Po za tym, nie interesuje mnie los tej małej. Niech przepadnie. Dobrze, że twój mały nie przyszedł na świat w taki sposób. Pozdrów żonę i przygotuj na kolejne spotkanie z całą grupą. Podobno jaśnie pan Crabbe ma się pojawić. Rabastan.
Co ma oznaczać ten list? Dlaczego go dostałam? Może sowa się pomyliła? Drugi list wyjaśnił wszystko.
Moja droga. Odnalazłam małe szczęście razem z Ivanem. Do dokładnej obserwacji jego rodzice zgodzili się na wprowadzenie się nas do rezydencji pod Petersburgiem. Dzieci Ivana nazywają mnie już 'mama'. Chciałabym to usłyszeć od mojej malutkiej Pandorki, za którą bardzo tęsknię. Mam nadzieję, że trafiła w dobre ręce i ma szczęśliwe dzieciństwo. Moi rodzice wkrótce nas odwiedzą. A co u Ciebie, kochana? Mąż i synek nie dokazują? Radzisz sobie w tak wielkim domu?
Podam ci adres, gdzie teraz mieszkam i jak się do mnie dostać, jeśli chciałabyś mnie odwiedzić.
Kovalyovo, obwód leningracki. Gdybyś zdecydowała się mnie odwiedzić, wyślę ci świstoklik, który przeniesie cię niedaleko rzeki. Tam cię już znajdę. Mieszkamy w takiej ogromnej, bajkowej rezydencji. Rosjanie potrafią tworzyć piękne budowle. Sama zobaczysz. Ściskam mocno i ciepło. Anastazja.
Czy to oznacza, że moją matką jest Anastazja? Kim ona jest? A ten Rabastan co ma z tym wszystkim wspólnego? Dałam sowie troszkę jedzenia i picia, po czym odleciała. Zeszłam do rodziców, by to wyjaśnić. Mama czyściła podłogę i rozmawiała z tatą.
- Dlaczego mi nie powiedzieliście, że jestem adoptowana?- spytałam. Obydwoje zastygli w miejscu. A jednak... Do oczu napłynęły mi łzy.
- Pandorko...- zaczęła mama- to długa historia. Powiedz mi najpierw, skąd się o tym dowiedziałaś?
- Dostałam jakieś listy- odpowiedziałam- kiedy zamierzaliście mi powiedzieć?
- Na pewno nie teraz- odpowiedział tata- chcieliśmy poczekać, aż dorośniesz. Wiedzieliśmy, że może to być dla ciebie szok.
- Tak? A jakbyście mi powiedzieli później to też nie byłby dla mnie szok?- czułam nerwy. Nie mieściło mi się to wszystko w głowie.
- Wtedy byłabyś dojrzalsza i lepiej to przyjęła- powiedziała mama.
- Uważasz, że teraz nie jestem dojrzała?!- teraz mnie zdenerwowali- myślałam, że nie mamy przed sobą żadnych tajemnic! Że mogę wam ufać! A wy mnie okłamywaliście przez tyle lat! Nienawidzę was!- z płaczem wybiegłam z salonu i znalazłam się w swoim pokoju. Padłam na łóżko. Nie wiem, co mam teraz o sobie sądzić. Kim jestem? Kto jest moją prawdziwą rodziną? Moje szczęście zostało zniszczone przez te głupie listy. Nawet nie wiem, kto je przysłał. Po wybuchu rozpaczy uspokoiłam się trochę i odetchnęłam. Wzięłam do ręki listy i ponownie je przeczytałam. Wynika z tego, że Anastazja i Rabastan mieli ze sobą romans, z którego narodziłam się ja. Rabastan mnie nie chciał i Anastazja musiała mnie oddać. Tylko dlaczego? Nie mogła mnie wychowywać? Skoro mam adres do niej, muszę się dowiedzieć. Ale to gdzieś w Rosji, a ja tam nigdy nie byłam. Gdy mama weszła do mojego pokoju, jej oczy były pełne łez. Zdałam sobie sprawę, że źle ich potraktowałam.
- Pandorko...- zaczęła mówić trzęsącym się głosem- wiedzieliśmy, że może dojść do takiej sytuacji, dlatego chcieliśmy ci o tym powiedzieć dopiero, gdy będziesz już dorosła. Nie miej do nas żalu. Chcieliśmy dać ci szczęśliwe dzieciństwo.
- Powiesz mi, jak tutaj trafiłam?- spytałam. Chciałam poczekać z przeprosinami. Kiwnęła głową i obie zeszłyśmy do salonu. Tata siedział skulony na fotelu. Gdy nas zobaczył, wyprostował się.
- Musimy jej wszystko wyjaśnić- powiedziała mama poważnym tonem. Usiadła obok niego a ja na przeciwko nich.
- Nie możemy mieć dzieci- zaczął tata- dlatego zdecydowaliśmy się na adopcję. Wcześniej mieszkaliśmy w Stevenage, tam gdzie babcia. Długo nie mogliśmy się zdecydować, które dziecko wybrać. Pewnego dnia, na placu zabaw zobaczyliśmy ciebie. Byłaś śliczną dziewczynką z pięknymi oczami i słodkim uśmiechem. Kiedy spojrzałaś na nas, musieliśmy ciebie zabrać. Twoja opiekunka ostrzegła nas, że wokół ciebie dzieją się dziwne rzeczy, ale nie przejęliśmy się. Odwiedzaliśmy cię przez parę dni i poznawaliśmy bliżej. W końcu udało nam się ciebie adoptować i zabraliśmy cię do babci. Rok później przeprowadziliśmy się do Londynu. Jak miałaś 4 latka zaczęły się ujawniać twoje zdolności. Potrafiłaś być najpierw w salonie a chwilę później na strychu, przedmioty które upuściłaś nie tłukły się no i zmieniałaś kolor zabawek. Babcia od razu stwierdziła, że jesteś dzieckiem czarodziejów. Byliśmy szczęśliwi, że mamy takie niezwykłe dziecko...- rodzice przygarnęli mnie, mimo, że potrafiłam czarować. Myślałam, że zwykli ludzie traktują magię tak jak wujostwo Harrego. Oni naprawdę cieszą się moimi sukcesami...
- Kto to? Z jakiego domu? Ile ma lat?- spytała mama.
- To Teodor, kolega z mojego domu. Jest o rok starszy- odpowiedziałam- opowiadałam wam o nim.
- Już się bałem, że z tym Lwem jesteś...- westchnął tata.
- Przecież pisałam, że pogodziłam go z Katją- odpowiedziałam i nalałam sobie herbaty- chcą mi przysłać zaproszenie na ślub.
- No, to ładnie ich pogodziłaś- zaśmiała się mama. Opowiedziałam im, o tragedii na turnieju i o Voldemorcie. Pocieszyli mnie, że na pewno nic mi nie grozi i że będzie dobrze. Denerwowałam się, bo on likwiduje czarodziei pochodzenia mugolskiego, a ja jestem jedną z takich.
Ta jedna chwila zniszczyła mi życie. Świat przewrócił się do góry nogami.
Wraz z kolejną prenumeratą Proroka Codziennego przyszła inna sowa. Najpierw odebrałam gazetę i zapłaciłam kurierowi a potem zajęłam się drugim przybyszem. To była zwykła koperta. Aurora nie zareagowała dobrze na innego przedstawiciela swojego gatunku. Nie poznałam danych osoby, która ją wysłała. Po otwarciu, przestało mieć to znaczenie. Znajdowały się w niej dwa listy.
Drogi Lucjuszu. Anastazja zrobiła tak jak jej kazaliśmy. Pozbyła się bachora. Mam nadzieję, że ta historia się zakończyła. Jeszcze tego by brakowało, żebym musiał wychowywać bękarta. Rudolf by mnie wyśmiał a Bellatriks potraktowała serią różnych zaklęć. Wiesz, jak ona jest przywiązana do rodowych wartości. Po za tym, nie interesuje mnie los tej małej. Niech przepadnie. Dobrze, że twój mały nie przyszedł na świat w taki sposób. Pozdrów żonę i przygotuj na kolejne spotkanie z całą grupą. Podobno jaśnie pan Crabbe ma się pojawić. Rabastan.
Co ma oznaczać ten list? Dlaczego go dostałam? Może sowa się pomyliła? Drugi list wyjaśnił wszystko.
Moja droga. Odnalazłam małe szczęście razem z Ivanem. Do dokładnej obserwacji jego rodzice zgodzili się na wprowadzenie się nas do rezydencji pod Petersburgiem. Dzieci Ivana nazywają mnie już 'mama'. Chciałabym to usłyszeć od mojej malutkiej Pandorki, za którą bardzo tęsknię. Mam nadzieję, że trafiła w dobre ręce i ma szczęśliwe dzieciństwo. Moi rodzice wkrótce nas odwiedzą. A co u Ciebie, kochana? Mąż i synek nie dokazują? Radzisz sobie w tak wielkim domu?
Podam ci adres, gdzie teraz mieszkam i jak się do mnie dostać, jeśli chciałabyś mnie odwiedzić.
Kovalyovo, obwód leningracki. Gdybyś zdecydowała się mnie odwiedzić, wyślę ci świstoklik, który przeniesie cię niedaleko rzeki. Tam cię już znajdę. Mieszkamy w takiej ogromnej, bajkowej rezydencji. Rosjanie potrafią tworzyć piękne budowle. Sama zobaczysz. Ściskam mocno i ciepło. Anastazja.
Czy to oznacza, że moją matką jest Anastazja? Kim ona jest? A ten Rabastan co ma z tym wszystkim wspólnego? Dałam sowie troszkę jedzenia i picia, po czym odleciała. Zeszłam do rodziców, by to wyjaśnić. Mama czyściła podłogę i rozmawiała z tatą.
- Dlaczego mi nie powiedzieliście, że jestem adoptowana?- spytałam. Obydwoje zastygli w miejscu. A jednak... Do oczu napłynęły mi łzy.
- Pandorko...- zaczęła mama- to długa historia. Powiedz mi najpierw, skąd się o tym dowiedziałaś?
- Dostałam jakieś listy- odpowiedziałam- kiedy zamierzaliście mi powiedzieć?
- Na pewno nie teraz- odpowiedział tata- chcieliśmy poczekać, aż dorośniesz. Wiedzieliśmy, że może to być dla ciebie szok.
- Tak? A jakbyście mi powiedzieli później to też nie byłby dla mnie szok?- czułam nerwy. Nie mieściło mi się to wszystko w głowie.
- Wtedy byłabyś dojrzalsza i lepiej to przyjęła- powiedziała mama.
- Uważasz, że teraz nie jestem dojrzała?!- teraz mnie zdenerwowali- myślałam, że nie mamy przed sobą żadnych tajemnic! Że mogę wam ufać! A wy mnie okłamywaliście przez tyle lat! Nienawidzę was!- z płaczem wybiegłam z salonu i znalazłam się w swoim pokoju. Padłam na łóżko. Nie wiem, co mam teraz o sobie sądzić. Kim jestem? Kto jest moją prawdziwą rodziną? Moje szczęście zostało zniszczone przez te głupie listy. Nawet nie wiem, kto je przysłał. Po wybuchu rozpaczy uspokoiłam się trochę i odetchnęłam. Wzięłam do ręki listy i ponownie je przeczytałam. Wynika z tego, że Anastazja i Rabastan mieli ze sobą romans, z którego narodziłam się ja. Rabastan mnie nie chciał i Anastazja musiała mnie oddać. Tylko dlaczego? Nie mogła mnie wychowywać? Skoro mam adres do niej, muszę się dowiedzieć. Ale to gdzieś w Rosji, a ja tam nigdy nie byłam. Gdy mama weszła do mojego pokoju, jej oczy były pełne łez. Zdałam sobie sprawę, że źle ich potraktowałam.
- Pandorko...- zaczęła mówić trzęsącym się głosem- wiedzieliśmy, że może dojść do takiej sytuacji, dlatego chcieliśmy ci o tym powiedzieć dopiero, gdy będziesz już dorosła. Nie miej do nas żalu. Chcieliśmy dać ci szczęśliwe dzieciństwo.
- Powiesz mi, jak tutaj trafiłam?- spytałam. Chciałam poczekać z przeprosinami. Kiwnęła głową i obie zeszłyśmy do salonu. Tata siedział skulony na fotelu. Gdy nas zobaczył, wyprostował się.
- Musimy jej wszystko wyjaśnić- powiedziała mama poważnym tonem. Usiadła obok niego a ja na przeciwko nich.
- Nie możemy mieć dzieci- zaczął tata- dlatego zdecydowaliśmy się na adopcję. Wcześniej mieszkaliśmy w Stevenage, tam gdzie babcia. Długo nie mogliśmy się zdecydować, które dziecko wybrać. Pewnego dnia, na placu zabaw zobaczyliśmy ciebie. Byłaś śliczną dziewczynką z pięknymi oczami i słodkim uśmiechem. Kiedy spojrzałaś na nas, musieliśmy ciebie zabrać. Twoja opiekunka ostrzegła nas, że wokół ciebie dzieją się dziwne rzeczy, ale nie przejęliśmy się. Odwiedzaliśmy cię przez parę dni i poznawaliśmy bliżej. W końcu udało nam się ciebie adoptować i zabraliśmy cię do babci. Rok później przeprowadziliśmy się do Londynu. Jak miałaś 4 latka zaczęły się ujawniać twoje zdolności. Potrafiłaś być najpierw w salonie a chwilę później na strychu, przedmioty które upuściłaś nie tłukły się no i zmieniałaś kolor zabawek. Babcia od razu stwierdziła, że jesteś dzieckiem czarodziejów. Byliśmy szczęśliwi, że mamy takie niezwykłe dziecko...- rodzice przygarnęli mnie, mimo, że potrafiłam czarować. Myślałam, że zwykli ludzie traktują magię tak jak wujostwo Harrego. Oni naprawdę cieszą się moimi sukcesami...
środa, 9 października 2013
Rozdział XV
Gdy weszłam do pociągu, było już bardzo tłoczno. Przecisnęłam się do przedziału, gdzie siedziały bliźniaczki, Milicenta i Teodor.
- No wreszcie dotarłaś- skomentowała Hestia- już myślałyśmy, że nas olałaś.
- No co wy!- zaśmiałam się- zawsze będę z wami siedziała- kątem oka spojrzałam na Teodora. On też mnie tak obserwował. Szybko odwróciłam głowę i wyjęłam z kieszeni adres Lwa. Nie mogłam doczekać się jego listu. Byłam ciekawa, jak poradzi sobie z łacińskimi literami.
- Ooo, dał ci adres?- spytała Flora i wszyscy spojrzeli na mnie.
- Tak- odpowiedziałam- będziemy ze sobą korespondować.
- A mówiłaś, że nic cię z nim nie łączy...- mruknęła Hestia. Wyczułam, o co im chodzi. Kątem oka spojrzałam na Teodora, który zainteresował się całą sytuacją.
- Zaprzyjaźniliśmy się ze sobą- wyjaśniłam, bez zażenowania- ma mi przysłać zaproszenie na ślub z Katją- mina bliźniaczek po tej informacji była bezcenna. Hagrid, jak co roku nas pożegnał. Znowu będę tęskniła za szkołą. W trakcie drogi do Londynu nie mogłam narzekać na nudę...
- Gdzie jedziecie na wakacje?- spytała Millicenta- ja chyba do Walii, tam mamy sporą posiadłość.
- Ja siedzę w domu- odpowiedziałam szybko.
- My prawdopodobnie też- dodały bliźniaczki.
- Ja tak samo- rzucił Teodor. Przez część podróży Millicenta opowiadała o tej posiadłości, co tam się dzieje i jakie atrakcje na nią czekają. Wybawieniem dla nas była pani rozwożąca jedzenie. Wszyscy coś sobie kupiliśmy. Gdy odjechała, nastąpiła cisza. Zajęliśmy się swoim jedzeniem.
W połowie drogi Millicenta została wyciągnięta przez Tracey do ich przedziału a bliźniaczki wyszły się przejść. Zostaliśmy sami. Szybko usiadłam obok Teodora. Znów dostrzegłam w jego oczach iskierki. Dokończyliśmy to, co zaczęliśmy w pokoju wspólnym. Nie myślałam, że pierwszy pocałunek może być tak ekscytujący. Zupełnie zapomniałam, gdzie jestem. Nie mogłam się doczekać, kiedy opowiem o tym rodzicom.
- Łooo, Nott!- nagle w naszym przedziale pojawił się Goyle z kolegami. Zrobiłam się strasznie czerwona i skryłam się za moim chłopakiem, bo tak go mogłam już chyba nazywać.
- Czego tu?!- spytał zirytowany- odrobiny prywatności nie można mieć?
- Dlaczego nic nam nie powiedziałeś?- spytał uśmiechnięty Zabini- a już miałem do niej startować...
- Nott taki cichociemny a tu taka niespodzianka- zarechotał Crabbe.
Dzięki tej interwencji wszyscy ze Slytherinu dowiedzieli się o nas. Ale to może i lepiej, nie musieliśmy sami tego robić. Najbardziej śmieszyła mnie mina Pansy, która spode łba spoglądała na naszą dwójkę. Jej się nie udało rozkochać w sobie Dracona. Dafne uśmiechnęła się do mnie a ja jej pokazałam pięść z uniesionym do góry kciukiem.
Gdy w końcu dojechaliśmy na miejsce, było mi trochę smutno. Musiałam rozstać się z Teodorem na czas wakacji. Dopiero zaczęliśmy być parą. Nim się rozeszliśmy, zadałam mu pytanie, które mnie gdzieś w głębi nurtowało.
- Właściwie, to dlaczego zostałam twoją dziewczyną?- trochę go to zaskoczyło. Zatrzymaliśmy się na środku peronu. Trzymałam go za rękę.
- W tym roku zaimponowałaś mi tym, że nie bałaś się wyrażać swojego zdania- stwierdził- masz też rzadką urodę, która mi się spodobała.
- Dziękuję- odpowiedziałam i zaczerwieniłam się. Przytulił mnie na pożegnanie i rozstaliśmy się. On poszedł do swojego ojca a ja od razu przekroczyłam mur. Myślałam, że rodzice będą na mnie czekać na peronie.
- Też czekasz?- spytał Colin, który właśnie wyszedł z peronu, razem z Dennisem.
- No cóż, nie mam wyjścia- stwierdziłam- może zaczekamy na nich przy parkingu?
- Dobry pomysł- stwierdził Gryfon i wyszliśmy na zewnątrz. Usiedliśmy na murku.
- Słyszałem, że masz chłopaka- powiedział Colin.
- O, to szybko się ta informacja rozniosła- zaśmiałam się- tak, mam chłopaka. A ty masz dziewczynę?
- Na razie nie- stwierdził.
- On się kocha w Ginny!- wtrącił się Dennis. Jego starszy brat oblał się rumieńcem.
- Cicho siedź! To nieprawda!- zawołał i trzepnął go lekko w głowę. Chłopiec zaśmiał się.
- Podoba ci się Ginny Weasley?- spytałam. Kiwnął głową- ona ma teraz chłopaka i raczej nie jest zainteresowana innymi.
- Wiem- mruknął- ale czuję, że ona mnie nie uważa za kogoś, z kim by mogła chodzić.
- Dlaczego tak uważasz?- zdziwiłam się- jesteś fajnym chłopakiem. Może rozejrzyj się za innymi dziewczynami? Jeśli Ginny jest ci pisana, to będziecie razem.
- Mówisz?- spojrzał na mnie- dzięki za dobre rady.
- Colin będzie chodził z Ginny?- spytał Dennis.
- Nie, nie będzie- odpowiedziałam, widząc jak kolega zaczyna się denerwować. Po chwili na schody wbiegli moi i ich rodzice.
- Przepraszamy za spóźnienie!- zawołał mój tata- straszny tłok był na ulicy.
- Nic się nie stało- odpowiedziałam i zeszliśmy na ziemię. Nasze bagaże zostały wciśnięte do bagażników. Pożegnaliśmy się i odjechaliśmy w różne strony. Chciałam już powiedzieć o Teodorze, ale postanowiłam poczekać.
- No wreszcie dotarłaś- skomentowała Hestia- już myślałyśmy, że nas olałaś.
- No co wy!- zaśmiałam się- zawsze będę z wami siedziała- kątem oka spojrzałam na Teodora. On też mnie tak obserwował. Szybko odwróciłam głowę i wyjęłam z kieszeni adres Lwa. Nie mogłam doczekać się jego listu. Byłam ciekawa, jak poradzi sobie z łacińskimi literami.
- Ooo, dał ci adres?- spytała Flora i wszyscy spojrzeli na mnie.
- Tak- odpowiedziałam- będziemy ze sobą korespondować.
- A mówiłaś, że nic cię z nim nie łączy...- mruknęła Hestia. Wyczułam, o co im chodzi. Kątem oka spojrzałam na Teodora, który zainteresował się całą sytuacją.
- Zaprzyjaźniliśmy się ze sobą- wyjaśniłam, bez zażenowania- ma mi przysłać zaproszenie na ślub z Katją- mina bliźniaczek po tej informacji była bezcenna. Hagrid, jak co roku nas pożegnał. Znowu będę tęskniła za szkołą. W trakcie drogi do Londynu nie mogłam narzekać na nudę...
- Gdzie jedziecie na wakacje?- spytała Millicenta- ja chyba do Walii, tam mamy sporą posiadłość.
- Ja siedzę w domu- odpowiedziałam szybko.
- My prawdopodobnie też- dodały bliźniaczki.
- Ja tak samo- rzucił Teodor. Przez część podróży Millicenta opowiadała o tej posiadłości, co tam się dzieje i jakie atrakcje na nią czekają. Wybawieniem dla nas była pani rozwożąca jedzenie. Wszyscy coś sobie kupiliśmy. Gdy odjechała, nastąpiła cisza. Zajęliśmy się swoim jedzeniem.
W połowie drogi Millicenta została wyciągnięta przez Tracey do ich przedziału a bliźniaczki wyszły się przejść. Zostaliśmy sami. Szybko usiadłam obok Teodora. Znów dostrzegłam w jego oczach iskierki. Dokończyliśmy to, co zaczęliśmy w pokoju wspólnym. Nie myślałam, że pierwszy pocałunek może być tak ekscytujący. Zupełnie zapomniałam, gdzie jestem. Nie mogłam się doczekać, kiedy opowiem o tym rodzicom.
- Łooo, Nott!- nagle w naszym przedziale pojawił się Goyle z kolegami. Zrobiłam się strasznie czerwona i skryłam się za moim chłopakiem, bo tak go mogłam już chyba nazywać.
- Czego tu?!- spytał zirytowany- odrobiny prywatności nie można mieć?
- Dlaczego nic nam nie powiedziałeś?- spytał uśmiechnięty Zabini- a już miałem do niej startować...
- Nott taki cichociemny a tu taka niespodzianka- zarechotał Crabbe.
Dzięki tej interwencji wszyscy ze Slytherinu dowiedzieli się o nas. Ale to może i lepiej, nie musieliśmy sami tego robić. Najbardziej śmieszyła mnie mina Pansy, która spode łba spoglądała na naszą dwójkę. Jej się nie udało rozkochać w sobie Dracona. Dafne uśmiechnęła się do mnie a ja jej pokazałam pięść z uniesionym do góry kciukiem.
Gdy w końcu dojechaliśmy na miejsce, było mi trochę smutno. Musiałam rozstać się z Teodorem na czas wakacji. Dopiero zaczęliśmy być parą. Nim się rozeszliśmy, zadałam mu pytanie, które mnie gdzieś w głębi nurtowało.
- Właściwie, to dlaczego zostałam twoją dziewczyną?- trochę go to zaskoczyło. Zatrzymaliśmy się na środku peronu. Trzymałam go za rękę.
- W tym roku zaimponowałaś mi tym, że nie bałaś się wyrażać swojego zdania- stwierdził- masz też rzadką urodę, która mi się spodobała.
- Dziękuję- odpowiedziałam i zaczerwieniłam się. Przytulił mnie na pożegnanie i rozstaliśmy się. On poszedł do swojego ojca a ja od razu przekroczyłam mur. Myślałam, że rodzice będą na mnie czekać na peronie.
- Też czekasz?- spytał Colin, który właśnie wyszedł z peronu, razem z Dennisem.
- No cóż, nie mam wyjścia- stwierdziłam- może zaczekamy na nich przy parkingu?
- Dobry pomysł- stwierdził Gryfon i wyszliśmy na zewnątrz. Usiedliśmy na murku.
- Słyszałem, że masz chłopaka- powiedział Colin.
- O, to szybko się ta informacja rozniosła- zaśmiałam się- tak, mam chłopaka. A ty masz dziewczynę?
- Na razie nie- stwierdził.
- On się kocha w Ginny!- wtrącił się Dennis. Jego starszy brat oblał się rumieńcem.
- Cicho siedź! To nieprawda!- zawołał i trzepnął go lekko w głowę. Chłopiec zaśmiał się.
- Podoba ci się Ginny Weasley?- spytałam. Kiwnął głową- ona ma teraz chłopaka i raczej nie jest zainteresowana innymi.
- Wiem- mruknął- ale czuję, że ona mnie nie uważa za kogoś, z kim by mogła chodzić.
- Dlaczego tak uważasz?- zdziwiłam się- jesteś fajnym chłopakiem. Może rozejrzyj się za innymi dziewczynami? Jeśli Ginny jest ci pisana, to będziecie razem.
- Mówisz?- spojrzał na mnie- dzięki za dobre rady.
- Colin będzie chodził z Ginny?- spytał Dennis.
- Nie, nie będzie- odpowiedziałam, widząc jak kolega zaczyna się denerwować. Po chwili na schody wbiegli moi i ich rodzice.
- Przepraszamy za spóźnienie!- zawołał mój tata- straszny tłok był na ulicy.
- Nic się nie stało- odpowiedziałam i zeszliśmy na ziemię. Nasze bagaże zostały wciśnięte do bagażników. Pożegnaliśmy się i odjechaliśmy w różne strony. Chciałam już powiedzieć o Teodorze, ale postanowiłam poczekać.
wtorek, 8 października 2013
Rozdział XIV
Przez te ostatnie dni do końca roku wszyscy byli smutni. Dziewczyna Cedrika, Cho Chang cały czas płakała. Otaczały ją przyjaciółki z jej domu, Ravenclawu. Profesor Sprout była przygnębiona. Cóż, w końcu straciła swojego wychowanka. Mimo tego, stara się prowadzić zajęcia. Największym szokiem było ujawnienie prawdy o profesorze Moodym. Wszystko wyglądało na jeden wielki spisek, żeby doprowadzić do odrodzenia Voldemorta.
Po ostatniej w tym roku transmutacji wybrałam się do Hogsmeade. Chciałam kupić słodycze dla moich rodziców. Wciąż myślałam o tym, co się ostatnio wydarzyło. Dlaczego musiał zginąć Cedrik? Może dlatego, że był świadkiem odrodzenia, a nie powinno go być? Znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze... Wzięłam sporo tych słodyczy, co mnie samą zaskoczyło. Po chwili pomyślałam, że dopiero za parę miesięcy się tutaj pojawię, więc nie będę sobie żałować. Po kupieniu wszystkiego przeszłam się jeszcze raz po mieście, by zapamiętać jak najwięcej. Jest piękne i ma swój klimat. Zupełnie inne niż Londyn. Spokojnie wróciłam do pokoju wspólnego i położyłam zakupy do skrzyni. Spakowałam też większość rzeczy, zostawiając na wierzchu tylko piżamę i kosmetyki. Gdy wyszłam, większość ludzi była w dormitoriach. Myślałam, że chociaż posiedzę z bliźniaczkami, ale one też gdzieś poszły. Chciałam już wyjść na błonia, ale dojrzałam kątem oka, że spod buta wystaje mi coś jasnego. Podniosłam to i przyjrzałam się uważnie. Było to zdjęcie jakiejś wieloosobowej rodziny. Na środku siedzieli rodzice a dookoła dzieci. Kobieta była ubrana w ciemną sukienkę a ciemnobrązowe włosy miała splecione w warkocz. Obok niej, mąż, miał na sobie frak i czarne, krótkie włosy. Synowie, a było ich trzech, byli ubrani w eleganckie ubrania. Chłopiec siedzący obok matki wyglądał znajomo... To Teodor! Poznałam go po wyrazie twarzy. A więc to jego rodzinne zdjęcie! Przyjrzałam się jego matce. Jest bardzo do niej podobny. Ona sama była bardzo ładna. Jednak kamienna twarz ograniczała jej urodę. No i starsi bracia Teodora, Phillip i Andrew.
- Wbrew pozorom byliśmy dobrą rodziną- odezwał się nagle Teodor. Zaskoczył mnie.
- Jesteś bardzo podobny do swojej mamy- stwierdziłam i uśmiechnęłam się.
- Dużo osób mi to mówiło- uśmiechnął się. Był taki uroczy, gdy to robił- mogę odzyskać fotografię?- wyciągnął dłoń. Spojrzałam na niego i oddałam ją. W jego ciemnych oczach dojrzałam iskierkę radości. W pewnej chwili moją twarz oblał rumieniec. Wiedziałam, co się stało, dzieje i stanie. Te oczy zbliżały się, aż mogłam dojrzeć w nich swoje odbicie.
- Mówię wam, teraz się zacznie...- nagle do pokoju wkroczył Draco z kolegami. Odsunęliśmy się od siebie.
- Hej, Nott!- zawołał Zabini- spakowany?
- Już niedługo kończę- odpowiedział i schował zdjęcie do kieszeni. Wyszłam na korytarz. Ciągle myślałam nad tym, co się stało. Czy on naprawdę mnie kocha i chciał pocałować? Nagle znalazłam się na dziedzińcu, tuż przed Dafne.
- Pandy, wszystko w porządku?- spytała. Wróciłam do rzeczywistości i kiwnęłam głową. Ona spojrzała na mnie i lekko się uśmiechnęła- Zrobił to?
- Co?- zdziwiłam się. Ale po chwili dotarło do mnie, o co jej może chodzić- Próbował, ale Draco nam przeszkodził- zrobiłam się cała czerwona- wiedziałaś...?
- Teodor właśnie dlatego cię unikał. W końcu zwierzył mi się. Wtedy przyszłaś ty i musiałam ci coś powiedzieć, byś się nie domyśliła. W końcu sam się zdecydował wykonać ruch- wyjaśniła- ale cieszy mnie to.
- Czyli on mnie naprawdę kocha?- spytałam, czując falę gorąca.
- Myślę, że tak- odpowiedziała. Po tej rozmowie przeszłam się na błonia, żeby sobie wszystko przemyśleć. Nie myślałam, że Dafne okaże się powierniczką tajemnic Teodora. Ale nawet lepiej, że nie zwierzał się Pansy czy Milicencie, bo by mogły rozgadać a wtedy zarówno ja i on moglibyśmy spalić się ze wstydu.
- Pandy!- obok siebie znalazłam bliźniaczki.
- Co się z tobą dzieje?- spytała Flora. Zorientowałam się, że o mało nie weszłam w grządki Hagrida. Wycofałam się szybko i razem z bliźniaczkami skierowałam się do zamku.
- Myślę o wszystkim, co się dzieje ostatnio- skłamałam.
- Daj sobie spokój- powiedziała Hestia- było minęło.
Zamiast kolorów wygranego domu, Wielka Sala była ozdobiona w czarne szarfy i wizerunki Cedrika. Wciąż bardzo żałowałam, że zginął i nie doczekał końca roku. Zamiast tych smutnych dekoracji mogły by wisieć kolory domów albo wizerunki Harrego jako zwycięzcy turnieju. Usiadłam obok bliźniaczek. Wszyscy powoli zajmowali miejsca przy stołach. Chciałam już znaleźć się w domu i mieć za sobą ciężką podróż. Obok mnie usiadł Zabini. Trochę mnie to ucieszyło, bo miałam pewność, że mnie nie pochlapie, jak Crabbe i Goyle na początku roku. Nauczyciele byli w komplecie a profesor Dumbledore czekał, aż wszyscy wejdą.
- Nott, chodź tutaj!- zawołał Goyle i wskazał puste miejsce na przeciwko mojego. Ten szybko je zajął. Spojrzeliśmy na siebie. Uśmiechnęliśmy się do siebie i zaraz dyrektor stanął za mównicą. Spóźnialscy zajęli szybko miejsca.
- Moi drodzy- zaczął przemówienie- ten rok szkolny kończy się smutkiem. Wśród nas nie ma już Cedrika Diggorego, ucznia, który łączył w sobie cechy idealnego Puchona. Zginął tragicznie, w starciu z odradzającym się Voldemortem- przez salę przeszła fala pomrukiwań i szeptów- tak, to prawda, Lord Voldemort odrodził się, wśród swoich popleczników i na oczach dwóch niewinnych chłopców. My, społeczność czarodziei musimy teraz się zjednoczyć i być silni w obliczu niebezpieczeństwa. Musimy wspierać się nawzajem. Nie dopuścimy, by śmierć Cedrika poszła na marne. Nie damy się zastraszyć- wzięłam sobie te słowa do serca. Cokolwiek ten Voldemort planuje, nie pozwolimy na to.
Przed wyjazdem pożegnaliśmy delegacje. Było mi bardzo przykro, że Lew i Katja wracają do siebie, bardzo się z nimi zżyłam.
- Panduora!- zawołał Lew- ja będę za tuobą mocno tęsknił! Katja tak samuo!
- Ja za wami też- odpowiedziałam i mocno przytuliłam ich oboje- czekam na list.
- Ocziwiscje!- potwierdziła Katja. Gdy wielki statek Durmstrangu odpłynął a podniebny powóz Beauxbatons odleciał, wróciliśmy do zamku, by zabrać wszystkie rzeczy. Szybko poszliśmy na peron, żeby się nie spóźnić. Zauważyłam Harrego, który dreptał razem z Hermioną i Ronem. Za nimi biegła grupa Colina.
- Harry, wszystko w porządku?- spytałam. Spojrzał na mnie nieprzytomnym wzrokiem.
- Tak- odpowiedział. Wiedziałam, że to nie była prawda, ale nie chciałam go dłużej męczyć.
Po ostatniej w tym roku transmutacji wybrałam się do Hogsmeade. Chciałam kupić słodycze dla moich rodziców. Wciąż myślałam o tym, co się ostatnio wydarzyło. Dlaczego musiał zginąć Cedrik? Może dlatego, że był świadkiem odrodzenia, a nie powinno go być? Znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze... Wzięłam sporo tych słodyczy, co mnie samą zaskoczyło. Po chwili pomyślałam, że dopiero za parę miesięcy się tutaj pojawię, więc nie będę sobie żałować. Po kupieniu wszystkiego przeszłam się jeszcze raz po mieście, by zapamiętać jak najwięcej. Jest piękne i ma swój klimat. Zupełnie inne niż Londyn. Spokojnie wróciłam do pokoju wspólnego i położyłam zakupy do skrzyni. Spakowałam też większość rzeczy, zostawiając na wierzchu tylko piżamę i kosmetyki. Gdy wyszłam, większość ludzi była w dormitoriach. Myślałam, że chociaż posiedzę z bliźniaczkami, ale one też gdzieś poszły. Chciałam już wyjść na błonia, ale dojrzałam kątem oka, że spod buta wystaje mi coś jasnego. Podniosłam to i przyjrzałam się uważnie. Było to zdjęcie jakiejś wieloosobowej rodziny. Na środku siedzieli rodzice a dookoła dzieci. Kobieta była ubrana w ciemną sukienkę a ciemnobrązowe włosy miała splecione w warkocz. Obok niej, mąż, miał na sobie frak i czarne, krótkie włosy. Synowie, a było ich trzech, byli ubrani w eleganckie ubrania. Chłopiec siedzący obok matki wyglądał znajomo... To Teodor! Poznałam go po wyrazie twarzy. A więc to jego rodzinne zdjęcie! Przyjrzałam się jego matce. Jest bardzo do niej podobny. Ona sama była bardzo ładna. Jednak kamienna twarz ograniczała jej urodę. No i starsi bracia Teodora, Phillip i Andrew.
- Wbrew pozorom byliśmy dobrą rodziną- odezwał się nagle Teodor. Zaskoczył mnie.
- Jesteś bardzo podobny do swojej mamy- stwierdziłam i uśmiechnęłam się.
- Dużo osób mi to mówiło- uśmiechnął się. Był taki uroczy, gdy to robił- mogę odzyskać fotografię?- wyciągnął dłoń. Spojrzałam na niego i oddałam ją. W jego ciemnych oczach dojrzałam iskierkę radości. W pewnej chwili moją twarz oblał rumieniec. Wiedziałam, co się stało, dzieje i stanie. Te oczy zbliżały się, aż mogłam dojrzeć w nich swoje odbicie.
- Mówię wam, teraz się zacznie...- nagle do pokoju wkroczył Draco z kolegami. Odsunęliśmy się od siebie.
- Hej, Nott!- zawołał Zabini- spakowany?
- Już niedługo kończę- odpowiedział i schował zdjęcie do kieszeni. Wyszłam na korytarz. Ciągle myślałam nad tym, co się stało. Czy on naprawdę mnie kocha i chciał pocałować? Nagle znalazłam się na dziedzińcu, tuż przed Dafne.
- Pandy, wszystko w porządku?- spytała. Wróciłam do rzeczywistości i kiwnęłam głową. Ona spojrzała na mnie i lekko się uśmiechnęła- Zrobił to?
- Co?- zdziwiłam się. Ale po chwili dotarło do mnie, o co jej może chodzić- Próbował, ale Draco nam przeszkodził- zrobiłam się cała czerwona- wiedziałaś...?
- Teodor właśnie dlatego cię unikał. W końcu zwierzył mi się. Wtedy przyszłaś ty i musiałam ci coś powiedzieć, byś się nie domyśliła. W końcu sam się zdecydował wykonać ruch- wyjaśniła- ale cieszy mnie to.
- Czyli on mnie naprawdę kocha?- spytałam, czując falę gorąca.
- Myślę, że tak- odpowiedziała. Po tej rozmowie przeszłam się na błonia, żeby sobie wszystko przemyśleć. Nie myślałam, że Dafne okaże się powierniczką tajemnic Teodora. Ale nawet lepiej, że nie zwierzał się Pansy czy Milicencie, bo by mogły rozgadać a wtedy zarówno ja i on moglibyśmy spalić się ze wstydu.
- Pandy!- obok siebie znalazłam bliźniaczki.
- Co się z tobą dzieje?- spytała Flora. Zorientowałam się, że o mało nie weszłam w grządki Hagrida. Wycofałam się szybko i razem z bliźniaczkami skierowałam się do zamku.
- Myślę o wszystkim, co się dzieje ostatnio- skłamałam.
- Daj sobie spokój- powiedziała Hestia- było minęło.
Zamiast kolorów wygranego domu, Wielka Sala była ozdobiona w czarne szarfy i wizerunki Cedrika. Wciąż bardzo żałowałam, że zginął i nie doczekał końca roku. Zamiast tych smutnych dekoracji mogły by wisieć kolory domów albo wizerunki Harrego jako zwycięzcy turnieju. Usiadłam obok bliźniaczek. Wszyscy powoli zajmowali miejsca przy stołach. Chciałam już znaleźć się w domu i mieć za sobą ciężką podróż. Obok mnie usiadł Zabini. Trochę mnie to ucieszyło, bo miałam pewność, że mnie nie pochlapie, jak Crabbe i Goyle na początku roku. Nauczyciele byli w komplecie a profesor Dumbledore czekał, aż wszyscy wejdą.
- Nott, chodź tutaj!- zawołał Goyle i wskazał puste miejsce na przeciwko mojego. Ten szybko je zajął. Spojrzeliśmy na siebie. Uśmiechnęliśmy się do siebie i zaraz dyrektor stanął za mównicą. Spóźnialscy zajęli szybko miejsca.
- Moi drodzy- zaczął przemówienie- ten rok szkolny kończy się smutkiem. Wśród nas nie ma już Cedrika Diggorego, ucznia, który łączył w sobie cechy idealnego Puchona. Zginął tragicznie, w starciu z odradzającym się Voldemortem- przez salę przeszła fala pomrukiwań i szeptów- tak, to prawda, Lord Voldemort odrodził się, wśród swoich popleczników i na oczach dwóch niewinnych chłopców. My, społeczność czarodziei musimy teraz się zjednoczyć i być silni w obliczu niebezpieczeństwa. Musimy wspierać się nawzajem. Nie dopuścimy, by śmierć Cedrika poszła na marne. Nie damy się zastraszyć- wzięłam sobie te słowa do serca. Cokolwiek ten Voldemort planuje, nie pozwolimy na to.
Przed wyjazdem pożegnaliśmy delegacje. Było mi bardzo przykro, że Lew i Katja wracają do siebie, bardzo się z nimi zżyłam.
- Panduora!- zawołał Lew- ja będę za tuobą mocno tęsknił! Katja tak samuo!
- Ja za wami też- odpowiedziałam i mocno przytuliłam ich oboje- czekam na list.
- Ocziwiscje!- potwierdziła Katja. Gdy wielki statek Durmstrangu odpłynął a podniebny powóz Beauxbatons odleciał, wróciliśmy do zamku, by zabrać wszystkie rzeczy. Szybko poszliśmy na peron, żeby się nie spóźnić. Zauważyłam Harrego, który dreptał razem z Hermioną i Ronem. Za nimi biegła grupa Colina.
- Harry, wszystko w porządku?- spytałam. Spojrzał na mnie nieprzytomnym wzrokiem.
- Tak- odpowiedział. Wiedziałam, że to nie była prawda, ale nie chciałam go dłużej męczyć.
niedziela, 6 października 2013
Rozdział XIII
Dzień trzeciego zadania rozstrzygał wszystko. Zgromadziliśmy się na widowni. Zawodnicy będą musieli przebyć labirynt i dotrzeć do pucharu. Labirynt był olbrzymi. Pewnie będą się na nich czaić różne niespodzianki, jak to w takich zadaniach. Zawodnicy po kolei wbiegli do środka. Trzymałam kciuki za Harrego, bo mogło go tam spotkać wszystko.
- Potter padnie przy pierwszym lepszym boginie- Flora i Hestia się zaczęły nabijać. Ja i tak wiedziałam, że nawet jest on nie wygra, to i tak będzie bohaterem.
Po półgodzinie odpadła Fleur. Była przerażona. Pewnie spotkała jakiegoś strasznego stwora i nie poradziła sobie. Po jakimś czasie z labiryntu błysnęło czerwone światło. Odpadł Krum, zaskoczony całą sytuacją. Czyli Hogwart zwycięży! Teraz tylko kwestia, który z chłopaków dobiegnie pierwszy.
Po co najmniej godzinie wrócił Harry i Cedrik. Trzymał w rękach puchar, więc to on był zwycięzcą. Wiedziałam, że wszystkich zaskoczy i wygra! Ale coś było nie w porządku. Zeszłam niżej, by się czegoś dowiedzieć. Mnóstwo ludzi się przepychało. Wtem wszystko się wyjaśniło. Cedrik wrócił martwy. Wróciłam do bliźniaczek.
- Cedrik nie żyje- powiedziałam a one wybałuszyły oczy. Po chwili rozległ się rozdzierający krzyk. To ojciec Cedrika zaczął opłakiwać syna. Dumbledore zabrał Harrego a sędziowie kazali nam się rozejść. Profesor Snape zabrał wszystkich ślizgonów do zamku i zabronił nam wychodzić z pokoju wspólnego.
- Ale co się właściwie stało?- spytała Millicenta.
- Pani Bulstrode, doszło do morderstwa- wyjaśnił lakonicznie nasz opiekun i wyszedł.
- Co? Jakiego morderstwa?- wtrącili się inni ślizgoni.
- Cedrik Diggory nie żyje- wyjaśniłam. Zapadła cisza.
- To Potter go zamordował!- zawołała Pansy i spojrzała na Draco- dobiegł pierwszy do pucharu, zobaczył, że Diggory dobiega i pozbył się go!
- Bzdura!- natychmiast zaprzeczyłam- Harry nie posuwa się do takich metod, by wygrać! Coś musiało się stać!
- Cisza!- odezwała się Dafne- poczekajmy na dalsze informacje. Pandora ma rację, coś się musiało stać- usiedliśmy i w spokoju oczekiwaliśmy na dalszy ciąg wydarzeń.
- Dlaczego tak bronisz Potterka?- Pansy zaczęła mnie dręczyć- zabujałaś się w nim?
- On, w przeciwieństwie do ciebie, nie robi niczego dla poklasku. Wiele razy udowodnił, że jest odważny i dzielny a to wystarczyło, bym zaczęła go lubić- spojrzała na mnie wzrokiem, którym zwykle ciska się pioruny, mruknęła i odeszła. Jeśli myśli, że takim zaczepianiem zaimponuje Draconowi, to się myli.
Po półgodzinie zaczęli nas już wypuszczać. Wybrałam się do szpitala, gdzie przebywał Harry. Przy łóżku zastałam też rodzinę Weasley i Hermionę.
- Wszystko w porządku?- spytałam. Nikt nie odpowiedział a Harry kiwnął głową. Wzięłam głęboki oddech- wierzę ci, że nie zabiłeś Cedrika. Jesteś dobrym chłopakiem i nie byłbyś w stanie tego zrobić!
- Cieszą nas twoje słowa, ale...- wtrąciła się Hermiona i spojrzała na Gryfona- mam jej powiedzieć?- znów kiwnął głową, patrząc w jakiś punkt w pomieszczeniu. Spojrzałam na Hermionę a ona na mnie- ale to Lord Voldemort go zabił- musiałam się chwilę zastanowić, kto to jest. Hagrid mi dużo o nim opowiadał. To ten, o mało nie zabił Harrego, co był postrachem świata czarodziejów... O nie... Po moim ciele przeszedł zimny dreszcz.
- Jak to?- spytałam zdenerwowana- przecież on przepadł kilka lat temu!
- Harry widział na własne oczy jak się odradza- wyjaśnił Ron.
- Moi drodzy, powinniśmy się już rozejść- wtrąciła się pani Weasley- Harry potrzebuje odpoczynku. Zaraz panna Pomfrey się nim zajmie- pokiwaliśmy głowami i opuściliśmy pomieszczenie.
- Robi się niebezpiecznie?- spytałam- jeśli ten Voldemort powrócił, to wraz z nim dawny terror?
- Prawdopodobnie tak- odpowiedziała pani Weasley- ale nie zostawimy tego własnemu biegowi- te słowa mnie zaskoczyły, ale również pocieszyły.
- Potter padnie przy pierwszym lepszym boginie- Flora i Hestia się zaczęły nabijać. Ja i tak wiedziałam, że nawet jest on nie wygra, to i tak będzie bohaterem.
Po półgodzinie odpadła Fleur. Była przerażona. Pewnie spotkała jakiegoś strasznego stwora i nie poradziła sobie. Po jakimś czasie z labiryntu błysnęło czerwone światło. Odpadł Krum, zaskoczony całą sytuacją. Czyli Hogwart zwycięży! Teraz tylko kwestia, który z chłopaków dobiegnie pierwszy.
Po co najmniej godzinie wrócił Harry i Cedrik. Trzymał w rękach puchar, więc to on był zwycięzcą. Wiedziałam, że wszystkich zaskoczy i wygra! Ale coś było nie w porządku. Zeszłam niżej, by się czegoś dowiedzieć. Mnóstwo ludzi się przepychało. Wtem wszystko się wyjaśniło. Cedrik wrócił martwy. Wróciłam do bliźniaczek.
- Cedrik nie żyje- powiedziałam a one wybałuszyły oczy. Po chwili rozległ się rozdzierający krzyk. To ojciec Cedrika zaczął opłakiwać syna. Dumbledore zabrał Harrego a sędziowie kazali nam się rozejść. Profesor Snape zabrał wszystkich ślizgonów do zamku i zabronił nam wychodzić z pokoju wspólnego.
- Ale co się właściwie stało?- spytała Millicenta.
- Pani Bulstrode, doszło do morderstwa- wyjaśnił lakonicznie nasz opiekun i wyszedł.
- Co? Jakiego morderstwa?- wtrącili się inni ślizgoni.
- Cedrik Diggory nie żyje- wyjaśniłam. Zapadła cisza.
- To Potter go zamordował!- zawołała Pansy i spojrzała na Draco- dobiegł pierwszy do pucharu, zobaczył, że Diggory dobiega i pozbył się go!
- Bzdura!- natychmiast zaprzeczyłam- Harry nie posuwa się do takich metod, by wygrać! Coś musiało się stać!
- Cisza!- odezwała się Dafne- poczekajmy na dalsze informacje. Pandora ma rację, coś się musiało stać- usiedliśmy i w spokoju oczekiwaliśmy na dalszy ciąg wydarzeń.
- Dlaczego tak bronisz Potterka?- Pansy zaczęła mnie dręczyć- zabujałaś się w nim?
- On, w przeciwieństwie do ciebie, nie robi niczego dla poklasku. Wiele razy udowodnił, że jest odważny i dzielny a to wystarczyło, bym zaczęła go lubić- spojrzała na mnie wzrokiem, którym zwykle ciska się pioruny, mruknęła i odeszła. Jeśli myśli, że takim zaczepianiem zaimponuje Draconowi, to się myli.
Po półgodzinie zaczęli nas już wypuszczać. Wybrałam się do szpitala, gdzie przebywał Harry. Przy łóżku zastałam też rodzinę Weasley i Hermionę.
- Wszystko w porządku?- spytałam. Nikt nie odpowiedział a Harry kiwnął głową. Wzięłam głęboki oddech- wierzę ci, że nie zabiłeś Cedrika. Jesteś dobrym chłopakiem i nie byłbyś w stanie tego zrobić!
- Cieszą nas twoje słowa, ale...- wtrąciła się Hermiona i spojrzała na Gryfona- mam jej powiedzieć?- znów kiwnął głową, patrząc w jakiś punkt w pomieszczeniu. Spojrzałam na Hermionę a ona na mnie- ale to Lord Voldemort go zabił- musiałam się chwilę zastanowić, kto to jest. Hagrid mi dużo o nim opowiadał. To ten, o mało nie zabił Harrego, co był postrachem świata czarodziejów... O nie... Po moim ciele przeszedł zimny dreszcz.
- Jak to?- spytałam zdenerwowana- przecież on przepadł kilka lat temu!
- Harry widział na własne oczy jak się odradza- wyjaśnił Ron.
- Moi drodzy, powinniśmy się już rozejść- wtrąciła się pani Weasley- Harry potrzebuje odpoczynku. Zaraz panna Pomfrey się nim zajmie- pokiwaliśmy głowami i opuściliśmy pomieszczenie.
- Robi się niebezpiecznie?- spytałam- jeśli ten Voldemort powrócił, to wraz z nim dawny terror?
- Prawdopodobnie tak- odpowiedziała pani Weasley- ale nie zostawimy tego własnemu biegowi- te słowa mnie zaskoczyły, ale również pocieszyły.
Rozdział XII
Do czasu trzeciego zadania miałam mnóstwo nauki. Wciąż pomagałam młodszym rocznikom. Teodor zaczął mnie unikać. Nie rozumiem, o co mu chodzi. Uznałam, że ma jakiś trudniejszy czas i postanowiłam go nie męczyć. Razem z Colinem wspieraliśmy Harrego. Był bardzo bliski wygranej. Gdyby mu się to udało, byłby najmłodszym zwycięzcą Turnieju Trójmagicznego. Wiem, że jemu na tym nie zależy.
Gdy po kolejnym spotkaniu z Lwem i Katją wróciłam do pokoju wspólnego, zobaczyłam Teodora, który rozmawiał cicho z Dafne. Miał spuszczoną głowę i zaciśnięte pięści. Natomiast ona coś mu tłumaczyła i często gestykulowała. Gdy mnie zobaczyli, Teodor chciał natychmiast wstać, ale Dafne przytrzymała go za ramię i nie pozwoliła odejść.
- Może teraz wyjaśnisz mi, dlaczego mnie unikasz?-spytałam- zrobiłam ci coś złego?
- Pandy, spokojnie- odezwała się Dafne- zbliża się rocznica śmierci jego matki i nie może się dogadać z ojcem. Bardzo to przeżywa.
- Wcale nie!- zaprzeczył zaraz, ale po chwili umilkł. Wciąż miał spuszczoną głowę.
- Oj, to nie wiedziałam- zmieszałam się. Nie myślałam, że to wydarzenie tak bardzo go boli. Nie okazuje zbyt wielu emocji...- w takim razie nie będę się czepiała- wróciłam do swojego dormitorium. Wiedziałam, że jego matka nie żyje od paru lat.
Do szkoły przybyły rodziny zawodników. Byłam ciekawa, kto przybędzie do Harrego? Do Cedrika przyjechał jego ojciec, który go wychwalał pod niebiosa. Widać było, że adresat pochwał nie czuł się dobrze z tym wszystkim. Do Kruma i Fleur przybyli obydwoje rodziców. Gdy na korytarzu ujrzałam zawodników z ich rodzicami, widziałam spore podobieństwo. Będą wspierać zawodników. Ja nie mogłam się doczekać ostatniego zadania, które wszystko rozstrzygnie. Napisałam list do rodziców, w którym opisałam najważniejsze wydarzenia. Niedługo się zobaczymy.
Wracając z podwójnych eliksirów, zobaczyłam Harrego w otoczeniu wysokiego mężczyzny, niskiej kobiety, Ginny, Rona i Hermiony. Ci dwoje to pewnie rodzina Weasley, mama Ginny i najstarszy brat. Więc oni przyjechali wspierać Harrego. Miło z ich strony. Muszą być ze sobą bardzo związani. Weasleyowie zawsze przyjmują go i goszczą, jak swojego syna.
- Hej, Pandy!- zawołał z daleka Colin. Przybiegł do mnie razem z bratem i kolegami z fan clubu Harrego. Co wszyscy nagle wymyślili z tą "Pandy"? Zawsze, jak rodzice się do mnie zwracali zdrobniale, to używali formy "Pandorko"...
- Co tam macie?- spytałam.
- Udało nam się odczarować odznakę!- wyjaśnił Dennis i wyjął jedną. Widniał na niej napis "Kibicuj" a dalej nie umiałam tego rozczytać, bo było rozmazane. Nagle odznaka zrobiła się cała czerwona i zaczęła parować.
- O nie, zepsułeś ją!- zawołał Colin- a tak nam dobrze szło!
- To nie moja wina!- zdenerwował się Dennis- to ty nawciskałeś do niej różnych zaklęć!
- Chłopaki, spokojnie- zaczęła mnie bawić ich kłótnia- taka odznaka to już dawno poszła w zapomnienie. Już tego nikt nie nosi, nawet jej twórca. Teraz najważniejsze jest, kto wygra.
- Czyli nie zmieniać już tych plakietek?- spytał Nigel.
- Nie- odpowiedziałam- proponuję, byście zajęli się nauką i egzaminami, by po zakończeniu zawodów nie zostawiać nic na koniec.
- Ma rację- stwierdził Andy- po za zawodami nauka toczy się dalej- niektórzy zasmuceni a inni weseli oddalili się ode mnie i poszli dalej. Ja poszłam do Wielkiej Sali, by zjeść obiad. Mimo, że eliksiry idą mi całkiem dobrze, czułam się wyczerpana i okropnie głodna. W tej samej sali siedziała rodzina Weasley, Harry i Hermiona.
- Przyszła ruda hołota- mruknął Teodor, którego dopiero teraz zauważyłam.
- Dlaczego wyrażasz się tak o ludziach, których wcale nie znasz?- spytałam, znowu czując irytację przez niego.
- Każdy ich zna- powiedział- rudzi, biedni i z nadmiarem osób do utrzymania. Przynoszą wstyd rodom czystej krwi.
- Przynajmniej się kochają i są szczęśliwi, mimo ubóstwa- stwierdziłam- są bogaci w miłość- ślizgon spojrzał na mnie z wysoko podniesionymi brwiami. Chyba go zatkało.
- Witiajcie!- przywitał się Lew i usiadł na przeciwko nas- co słychac?
- Wszystko w porządku- stwierdziłam, nie zwracając już uwagi na miny Teodora- a u ciebie? Gdzie Katja?
- U mnie haraszo! Katja poszła z koljezankami na spacjer.
- Co u Kruma?- wtrącił się mój kolega z domu- po tym drugim zadaniu trochę się podłamał.
- Da, czuł sję złuy. Alje mu przeszłuo i chce walczyjc daljej- odpowiedział. To zadanie było ciężkie przez jego treść, ale i świadomość, że jest to ostatnia szansa na przyniesienie chwały szkole.
Gdy po kolejnym spotkaniu z Lwem i Katją wróciłam do pokoju wspólnego, zobaczyłam Teodora, który rozmawiał cicho z Dafne. Miał spuszczoną głowę i zaciśnięte pięści. Natomiast ona coś mu tłumaczyła i często gestykulowała. Gdy mnie zobaczyli, Teodor chciał natychmiast wstać, ale Dafne przytrzymała go za ramię i nie pozwoliła odejść.
- Może teraz wyjaśnisz mi, dlaczego mnie unikasz?-spytałam- zrobiłam ci coś złego?
- Pandy, spokojnie- odezwała się Dafne- zbliża się rocznica śmierci jego matki i nie może się dogadać z ojcem. Bardzo to przeżywa.
- Wcale nie!- zaprzeczył zaraz, ale po chwili umilkł. Wciąż miał spuszczoną głowę.
- Oj, to nie wiedziałam- zmieszałam się. Nie myślałam, że to wydarzenie tak bardzo go boli. Nie okazuje zbyt wielu emocji...- w takim razie nie będę się czepiała- wróciłam do swojego dormitorium. Wiedziałam, że jego matka nie żyje od paru lat.
Do szkoły przybyły rodziny zawodników. Byłam ciekawa, kto przybędzie do Harrego? Do Cedrika przyjechał jego ojciec, który go wychwalał pod niebiosa. Widać było, że adresat pochwał nie czuł się dobrze z tym wszystkim. Do Kruma i Fleur przybyli obydwoje rodziców. Gdy na korytarzu ujrzałam zawodników z ich rodzicami, widziałam spore podobieństwo. Będą wspierać zawodników. Ja nie mogłam się doczekać ostatniego zadania, które wszystko rozstrzygnie. Napisałam list do rodziców, w którym opisałam najważniejsze wydarzenia. Niedługo się zobaczymy.
Wracając z podwójnych eliksirów, zobaczyłam Harrego w otoczeniu wysokiego mężczyzny, niskiej kobiety, Ginny, Rona i Hermiony. Ci dwoje to pewnie rodzina Weasley, mama Ginny i najstarszy brat. Więc oni przyjechali wspierać Harrego. Miło z ich strony. Muszą być ze sobą bardzo związani. Weasleyowie zawsze przyjmują go i goszczą, jak swojego syna.
- Hej, Pandy!- zawołał z daleka Colin. Przybiegł do mnie razem z bratem i kolegami z fan clubu Harrego. Co wszyscy nagle wymyślili z tą "Pandy"? Zawsze, jak rodzice się do mnie zwracali zdrobniale, to używali formy "Pandorko"...
- Co tam macie?- spytałam.
- Udało nam się odczarować odznakę!- wyjaśnił Dennis i wyjął jedną. Widniał na niej napis "Kibicuj" a dalej nie umiałam tego rozczytać, bo było rozmazane. Nagle odznaka zrobiła się cała czerwona i zaczęła parować.
- O nie, zepsułeś ją!- zawołał Colin- a tak nam dobrze szło!
- To nie moja wina!- zdenerwował się Dennis- to ty nawciskałeś do niej różnych zaklęć!
- Chłopaki, spokojnie- zaczęła mnie bawić ich kłótnia- taka odznaka to już dawno poszła w zapomnienie. Już tego nikt nie nosi, nawet jej twórca. Teraz najważniejsze jest, kto wygra.
- Czyli nie zmieniać już tych plakietek?- spytał Nigel.
- Nie- odpowiedziałam- proponuję, byście zajęli się nauką i egzaminami, by po zakończeniu zawodów nie zostawiać nic na koniec.
- Ma rację- stwierdził Andy- po za zawodami nauka toczy się dalej- niektórzy zasmuceni a inni weseli oddalili się ode mnie i poszli dalej. Ja poszłam do Wielkiej Sali, by zjeść obiad. Mimo, że eliksiry idą mi całkiem dobrze, czułam się wyczerpana i okropnie głodna. W tej samej sali siedziała rodzina Weasley, Harry i Hermiona.
- Przyszła ruda hołota- mruknął Teodor, którego dopiero teraz zauważyłam.
- Dlaczego wyrażasz się tak o ludziach, których wcale nie znasz?- spytałam, znowu czując irytację przez niego.
- Każdy ich zna- powiedział- rudzi, biedni i z nadmiarem osób do utrzymania. Przynoszą wstyd rodom czystej krwi.
- Przynajmniej się kochają i są szczęśliwi, mimo ubóstwa- stwierdziłam- są bogaci w miłość- ślizgon spojrzał na mnie z wysoko podniesionymi brwiami. Chyba go zatkało.
- Witiajcie!- przywitał się Lew i usiadł na przeciwko nas- co słychac?
- Wszystko w porządku- stwierdziłam, nie zwracając już uwagi na miny Teodora- a u ciebie? Gdzie Katja?
- U mnie haraszo! Katja poszła z koljezankami na spacjer.
- Co u Kruma?- wtrącił się mój kolega z domu- po tym drugim zadaniu trochę się podłamał.
- Da, czuł sję złuy. Alje mu przeszłuo i chce walczyjc daljej- odpowiedział. To zadanie było ciężkie przez jego treść, ale i świadomość, że jest to ostatnia szansa na przyniesienie chwały szkole.
sobota, 5 października 2013
Rozdział XI
Gdy przy śniadaniu Hermiona dostała mnóstwo listów z groźbami, byłam w szoku. Jakieś zazdrosne baby, nie mające swojego życia dokładają przykrości zwykłej uczennicy. Czuję się jak w jakimś serialu brazylijskim, co go moja mama i ciocia Ann lubią oglądać w piątkowe wieczory. Po skończeniu śniadania podeszłam do niej i położyłam jej rękę na ramieniu.
- Niczym się nie przejmuj- powiedziałam- ty przynajmniej możesz sobie pozwolić na takie romanse, a te zazdrosne baby nie.
- Co?- zdziwiła się ale po chwili zrozumiała i uśmiechnęła się- dzięki, Pandy.
- Nie ma za co- odpowiedziałam i wróciłam do dormitorium, by przygotować się na zajęcia.
Dowiedziałam się, że Ginny chodzi z Michaelem Cornerem z Ravenclawu. Poznali się na balu. Trochę byłam zaskoczona tą informacją. Lew i Katja spędzają ze sobą sporo czasu, praktycznie wszędzie chodzą razem.
- Nie można was rozdzielić- stwierdziłam a oni się zaśmiali, lekko się czerwieniąc.
- Sijadaj!- powiedział Lew i zrobił mi miejsce między nimi. Skorzystałam z propozycji.
- Mjenja i Lew chcjeli ciebja zapruosjic na piwuo- powiedziała Katja, coraz lepiej radząc sobie z językiem.
- A z jakiej to okazji?- zdziwiłam się.
- Za tuo co dla nas zruobiłaś- wyjaśnił Lew- jesjeśmy bardzuo szczęśliwi razem. To był błuąd że z nją zerwałem.
- Ojej, to miłe z waszej strony- uśmiechnęłam się- w takim razie chętnie pójdę.
W sobotę wybraliśmy się do Hogsmeade. Postawili mi to piwo i bardzo się ucieszyłam, bo nigdy go nie próbowałam.
- Misjimy nad śljubem- zdradził Lew.
- Wow, tak szybko?- zaskoczyło mnie to.
- Zanim zjerwaliśmy, biljiśmy ze suobą 3 ljet- wyjaśnił- Mjeliśmy sję zaręczjać, alje pokłóciliśmy sję i zjerwaliśmy. Tjeraz nie ma cuo tracić czasu. Niedługo kończymy szkuołę.
- Duostanjesz zapruoszenje- obiecała Katja.
- Dziękuję i nie mogę się doczekać- uśmiechnęłam się.Wypiłam resztę piwa. Było świetne. Nagle Katja i Lew zaczęli się śmiać. Nie wiedziałam, o co im chodzi. Dopiero przypadkowe spojrzenie na kufel wyjaśniło powód rozbawienia. Miałam wielkie wąsy z piany pod nosem. Również zaczęłam się śmiać i szybko się wytarłam.
Gdy gołąbki sobie gruchały, jak to mój wujek mówi, ja zajęłam się nauką. Pomagałam też młodszym uczniom w zrozumieniu tematu. Nie spotkało się to z przychylnością innych mieszkańców domu, ale tym akurat przestałam się przejmować od dawna.
- Widzisz?- spytałam, pokazując pierwszorocznemu transmutację jego ropuchy w kielich- wszystko na spokojnie. Jeśli będziesz to wiele razy powtarzał, to na pewno za którymś razem ci wyjdzie.
- Dzięki wielkie!- ucieszył się chłopiec i pobiegł ze swoją żabą do kolegów, gdzie razem powtarzali te zaklęcia. Uśmiechnęłam się i przypomniałam sobie, jak ja byłam w ich wieku i uczyłam się tych rzeczy.
- Po co to robisz?- spytał Teodor.
- A jak sądzisz? Żeby to umieli i nie denerwowali McGonagall- odpowiedziałam. Czułam, że zostanę zaraz upomniana.
- Po to im ona to pokazywała, żeby sami wiedzieli i sami powtarzali. To nie są pięciolatki, że trzeba im pomagać.
- A co, w Slytherinie nie uznaje się pomocy innym?- wiedziałam, że może dojść do kłótni, ale nie chciałam dać za wygraną- no tak, przecież te pierdoły z Hufflepuffu sobie pomagają...
- Przestań!- oburzył się. Pierwszy raz widziałam takie zdenerwowanie na jego twarzy- nie miałem tego na myśli! Świat jest tak skonstruowany, że słabsi odpadają a lepsi zwyciężają. Jeśli ktoś sobie nie radzi, to koniec!
- To chyba w twoim świecie tak jest!- teraz to ja się wzburzyłam. Naszej dyskusji przysłuchiwali się wszyscy w dormitorium- Slytherin to nie jest jakaś dzika puszcza, gdzie zwierzęta walczą o przetrwanie! Pomagam im, bo tak mnie wychowali rodzice i dlatego, że jestem osobą dobrą i chętną do tej pomocy. A jeśli tobie się to nie podoba, to masz problem. Nie będę typową uczennicą tego domu!- trzasnęłam książką i wyszłam z pokoju wspólnego. Usiadłam na schodach i dokończyłam odrabianie pracy domowej. Mimo, że nie było zbyt dużo światła, to radziłam sobie. I tak miałam już mało do skończenia. Co z tym Teodorem się dzieje? Czemu jest taki agresywny i czepialski? Prawdziwy ślizgon się znalazł...
- Pani Hill...- jeszcze mi tu profesora Snape'a brakowało. Wstałam natychmiast- czy wie pani, która jest godzina?
- Tak, wiem- odpowiedziałam.
- Cieszy mnie to. Czemu więc spędza pani czas na zimnych schodach, zamiast w ciepłym pokoju wspólnym Slytherinu?
- Ponieważ pokłóciłam się z kolegą i potrzebowałam spokoju- wyjaśniłam. Podniósł brwi, co wskazywało na zdziwienie albo zażenowanie całą sytuacją.
- Czemu pokłóciła się pani z kolegą?
- Wcześniej pomagałam pierwszorocznym w transmutacji- odpowiedziałam- prawdopodobnie to go mogło zirytować i chciał, żebym przestała. Ale ja się uparłam, by dalej to czynić, bo zależy mi, by młodsi uczniowie nie mieli problemu na zajęciach i...- przerwałam na chwilę, widząc znudzenie. Po chwili wpadłam na super argument-... i żeby nie dostawali punktów ujemnych- na twarzy profesora znów wróciło zaskoczenie.
- Rozumiem- stwierdził- niech pani jak najszybciej kończy odzyskiwanie spokoju i wraca do środka, bo to pani straci punkty.
- Oczywiście- kiwnęłam głową i usiadłam na schodach. Dopisałam parę ostatnich zdań w wypracowaniu i wróciłam do środka. Dafne i Teodor rozmawiali ze sobą. Gdy mnie zobaczyli, przestali.
- Powiedziałaś bardzo mądre słowa- stwierdziła ślizgonka- ale do Teodora ciężko dotrzeć.
- Daj spokój- mruknął i poszedł do swojego dormitorium. Machnęłam ramionami i poszłam do swojego.
- Niczym się nie przejmuj- powiedziałam- ty przynajmniej możesz sobie pozwolić na takie romanse, a te zazdrosne baby nie.
- Co?- zdziwiła się ale po chwili zrozumiała i uśmiechnęła się- dzięki, Pandy.
- Nie ma za co- odpowiedziałam i wróciłam do dormitorium, by przygotować się na zajęcia.
Dowiedziałam się, że Ginny chodzi z Michaelem Cornerem z Ravenclawu. Poznali się na balu. Trochę byłam zaskoczona tą informacją. Lew i Katja spędzają ze sobą sporo czasu, praktycznie wszędzie chodzą razem.
- Nie można was rozdzielić- stwierdziłam a oni się zaśmiali, lekko się czerwieniąc.
- Sijadaj!- powiedział Lew i zrobił mi miejsce między nimi. Skorzystałam z propozycji.
- Mjenja i Lew chcjeli ciebja zapruosjic na piwuo- powiedziała Katja, coraz lepiej radząc sobie z językiem.
- A z jakiej to okazji?- zdziwiłam się.
- Za tuo co dla nas zruobiłaś- wyjaśnił Lew- jesjeśmy bardzuo szczęśliwi razem. To był błuąd że z nją zerwałem.
- Ojej, to miłe z waszej strony- uśmiechnęłam się- w takim razie chętnie pójdę.
W sobotę wybraliśmy się do Hogsmeade. Postawili mi to piwo i bardzo się ucieszyłam, bo nigdy go nie próbowałam.
- Misjimy nad śljubem- zdradził Lew.
- Wow, tak szybko?- zaskoczyło mnie to.
- Zanim zjerwaliśmy, biljiśmy ze suobą 3 ljet- wyjaśnił- Mjeliśmy sję zaręczjać, alje pokłóciliśmy sję i zjerwaliśmy. Tjeraz nie ma cuo tracić czasu. Niedługo kończymy szkuołę.
- Duostanjesz zapruoszenje- obiecała Katja.
- Dziękuję i nie mogę się doczekać- uśmiechnęłam się.Wypiłam resztę piwa. Było świetne. Nagle Katja i Lew zaczęli się śmiać. Nie wiedziałam, o co im chodzi. Dopiero przypadkowe spojrzenie na kufel wyjaśniło powód rozbawienia. Miałam wielkie wąsy z piany pod nosem. Również zaczęłam się śmiać i szybko się wytarłam.
Gdy gołąbki sobie gruchały, jak to mój wujek mówi, ja zajęłam się nauką. Pomagałam też młodszym uczniom w zrozumieniu tematu. Nie spotkało się to z przychylnością innych mieszkańców domu, ale tym akurat przestałam się przejmować od dawna.
- Widzisz?- spytałam, pokazując pierwszorocznemu transmutację jego ropuchy w kielich- wszystko na spokojnie. Jeśli będziesz to wiele razy powtarzał, to na pewno za którymś razem ci wyjdzie.
- Dzięki wielkie!- ucieszył się chłopiec i pobiegł ze swoją żabą do kolegów, gdzie razem powtarzali te zaklęcia. Uśmiechnęłam się i przypomniałam sobie, jak ja byłam w ich wieku i uczyłam się tych rzeczy.
- Po co to robisz?- spytał Teodor.
- A jak sądzisz? Żeby to umieli i nie denerwowali McGonagall- odpowiedziałam. Czułam, że zostanę zaraz upomniana.
- Po to im ona to pokazywała, żeby sami wiedzieli i sami powtarzali. To nie są pięciolatki, że trzeba im pomagać.
- A co, w Slytherinie nie uznaje się pomocy innym?- wiedziałam, że może dojść do kłótni, ale nie chciałam dać za wygraną- no tak, przecież te pierdoły z Hufflepuffu sobie pomagają...
- Przestań!- oburzył się. Pierwszy raz widziałam takie zdenerwowanie na jego twarzy- nie miałem tego na myśli! Świat jest tak skonstruowany, że słabsi odpadają a lepsi zwyciężają. Jeśli ktoś sobie nie radzi, to koniec!
- To chyba w twoim świecie tak jest!- teraz to ja się wzburzyłam. Naszej dyskusji przysłuchiwali się wszyscy w dormitorium- Slytherin to nie jest jakaś dzika puszcza, gdzie zwierzęta walczą o przetrwanie! Pomagam im, bo tak mnie wychowali rodzice i dlatego, że jestem osobą dobrą i chętną do tej pomocy. A jeśli tobie się to nie podoba, to masz problem. Nie będę typową uczennicą tego domu!- trzasnęłam książką i wyszłam z pokoju wspólnego. Usiadłam na schodach i dokończyłam odrabianie pracy domowej. Mimo, że nie było zbyt dużo światła, to radziłam sobie. I tak miałam już mało do skończenia. Co z tym Teodorem się dzieje? Czemu jest taki agresywny i czepialski? Prawdziwy ślizgon się znalazł...
- Pani Hill...- jeszcze mi tu profesora Snape'a brakowało. Wstałam natychmiast- czy wie pani, która jest godzina?
- Tak, wiem- odpowiedziałam.
- Cieszy mnie to. Czemu więc spędza pani czas na zimnych schodach, zamiast w ciepłym pokoju wspólnym Slytherinu?
- Ponieważ pokłóciłam się z kolegą i potrzebowałam spokoju- wyjaśniłam. Podniósł brwi, co wskazywało na zdziwienie albo zażenowanie całą sytuacją.
- Czemu pokłóciła się pani z kolegą?
- Wcześniej pomagałam pierwszorocznym w transmutacji- odpowiedziałam- prawdopodobnie to go mogło zirytować i chciał, żebym przestała. Ale ja się uparłam, by dalej to czynić, bo zależy mi, by młodsi uczniowie nie mieli problemu na zajęciach i...- przerwałam na chwilę, widząc znudzenie. Po chwili wpadłam na super argument-... i żeby nie dostawali punktów ujemnych- na twarzy profesora znów wróciło zaskoczenie.
- Rozumiem- stwierdził- niech pani jak najszybciej kończy odzyskiwanie spokoju i wraca do środka, bo to pani straci punkty.
- Oczywiście- kiwnęłam głową i usiadłam na schodach. Dopisałam parę ostatnich zdań w wypracowaniu i wróciłam do środka. Dafne i Teodor rozmawiali ze sobą. Gdy mnie zobaczyli, przestali.
- Powiedziałaś bardzo mądre słowa- stwierdziła ślizgonka- ale do Teodora ciężko dotrzeć.
- Daj spokój- mruknął i poszedł do swojego dormitorium. Machnęłam ramionami i poszłam do swojego.
piątek, 4 października 2013
Rozdział X
W drugim zadaniu reprezentanci będą musieli zanurkować do jeziora i uwolnić bliskie osoby. Ciekawe, kogo będzie musiał wyciągnąć Harry? Rozejrzałam się po widowni ale nie udało mi się wytypować. Wtem rozległ się dźwięk gwizdka i wszyscy zanurkowali. Bardzo się denerwowałam o wszystkich. Podobno w tym jeziorze mieszka wielka ośmiornica. Bardzo się denerwowałam, żeby nikogo nie dopadła.
- Jakbyś się czuła, gdybym miała cię wyciągać?- spytała Hestia siostrę.
- Dziwnie- odpowiedziała Flora- dobrze, że nie wzięłaś udziału- po tej rozmowie przyszło mi do głowy pytanie: Kogo ja bym miała ratować, gdybym była zawodnikiem? Pewnie Colina, bo z nim jestem najsilniej związana. A może którąś z bliźniaczek? Albo Teodora? Nie, jego nie. Nagle z wody wypłynęła Fleur i wyszła na brzeg. Czyżby spotkała ośmiornicę? Czekałam dalej. Po długim czasie, około 20 minut na powierzchnię wypłynął Cedrik z Cho Chang. Kolejnym zawodnikiem był Krum z Hermioną. Ostatni, ale za to z dwójką zawodników wypłynął Harry z Ronem i małą dziewczynką, zapewne siostrą Fleur. Dostał za to dużo punktów a Fleur była mu bardzo wdzięczna. Teraz Harry jest na drugi w punktacji.
Udało mi się obmyślić plan spotkania Lwa i Katji. Wybrałam pewną starą wieżę, gdzie nikt im nie będzie przeszkadzał. Sama też poszłam, żeby posłuchać, co z tego wyniknie. Schowałam się za ścianą. I tak mało rozumiałam z ich rozmowy, bo mówili po rosyjsku, a ja tak biegle nim nie władam. Słyszałam tylko pojedyncze, znajome słowa. Bałam się, że w każdej chwili mogą się pokłócić, ale żadne z nich długo nie podnosiło głosu. Pewnie muszą sobie dużo wyjaśnić. Nie wiem, czemu zerwali i nie chcę w to wnikać. Lew mówi pięknie po rosyjsku.
Rozmowa zajęła im godzinę. Gdy usłyszałam kroki, natychmiast uciekłam. Wróciłam do dormitorium.
- Gdzieś ty była?- spytała Hestia, gdy usiadłam na łóżku.
- Udało mi się pogodzić Lwa z jego byłą dziewczyną- odpowiedziałam. Bliźniaczki spojrzały na siebie zdziwione. Pewnie myślały, że to ja będę z nim chodziła.
- Zostań ich kupidynem na walentynki- zażartowała Flora i wszystkie się zaśmiałyśmy. Już mam dość kupidynków, przez Lockharta, który na pierwszym roku zorganizował takowe, obrażając przy tym dwóch profesorów.
Gdy ujrzałam ich następnego dnia trzymających się za ręce, poczułam się dumna. Zarówno Lew jak i Katja są szczęśliwi. Mogłam teraz w spokoju zająć się sobą. Do czasu... Podczas przerwy na lunch bliźniaczki przyniosły mi jakąś gazetkę.
- Zobacz- powiedziała Flora i razem z siostrą zachichotały. Był to tygodnik Czarownica a po otwarciu gazetki doznałam szoku. Rita Skeeter napisała, że Hermiona igra z uczuciami Harrego i Kruma, dając zdjęcie odskakujących od siebie Harrego i Hermionę w namiocie zawodników. Ta kobieta chyba nie ma skrupułów. Jest gorsza niż mugolscy dziennikarze. Poszłam o tym porozmawiać z bohaterami artykułu. Wszystko mi wyjaśnili. Jestem jeszcze bardziej wkurzona na tą dziennikarkę. Ciągle szuka jakiś afer i przeinacza fakty, kosztem tych, których opisuje. Mam nadzieję, że kiedyś za to oberwie.
Teraz cała szkoła huczy od tego, co napisano o Hermionie. Oczywiście, największy ubaw mają dziewczyny ze Slytherinu. Pansy szczebiocze jak nakręcona. Dafne, Millicenta i bliźniaczki się śmieją a chłopaki dyskutują o niej, jak o kimś obcym. Najbardziej wypominają jej pochodzenie. Dobrze, że ja nie zdradziłam swojego, bo też by mnie wzięli na języki. Mając dość tego targowiska próżności sięgnęłam po jakąś książkę i zagłębiłam się w jej treść. Mimo, że była po łacinie, to próbowałam ją zrozumieć. Między naszym językiem a łaciną jest niewiele różnic, więc jako tako mogłam zrozumieć. Trafiłam na coś o założycielu naszego domu, Salazarze Slytherinie.
- Co czytasz?- tuż obok mnie usiadł Teodor.
- Coś o Slytherinie- wyjaśniłam i spojrzałam na okładkę- nie do końca rozumiem, bo to po łacinie.
- To po co ją wzięłaś?- spytał znowu i otworzył książkę do historii magii.
- Żeby nie słuchać tego obgadywania- odpowiedziałam i zamknęłam książkę. Też powinnam wziąć podręcznik i się pouczyć. Odłożyłam ją i wzięłam pierwszą lepszą książkę z mojego dormitorium. Wybór padł na zielarstwo i właściwości roślin uleczających.
- Jakbyś się czuła, gdybym miała cię wyciągać?- spytała Hestia siostrę.
- Dziwnie- odpowiedziała Flora- dobrze, że nie wzięłaś udziału- po tej rozmowie przyszło mi do głowy pytanie: Kogo ja bym miała ratować, gdybym była zawodnikiem? Pewnie Colina, bo z nim jestem najsilniej związana. A może którąś z bliźniaczek? Albo Teodora? Nie, jego nie. Nagle z wody wypłynęła Fleur i wyszła na brzeg. Czyżby spotkała ośmiornicę? Czekałam dalej. Po długim czasie, około 20 minut na powierzchnię wypłynął Cedrik z Cho Chang. Kolejnym zawodnikiem był Krum z Hermioną. Ostatni, ale za to z dwójką zawodników wypłynął Harry z Ronem i małą dziewczynką, zapewne siostrą Fleur. Dostał za to dużo punktów a Fleur była mu bardzo wdzięczna. Teraz Harry jest na drugi w punktacji.
Udało mi się obmyślić plan spotkania Lwa i Katji. Wybrałam pewną starą wieżę, gdzie nikt im nie będzie przeszkadzał. Sama też poszłam, żeby posłuchać, co z tego wyniknie. Schowałam się za ścianą. I tak mało rozumiałam z ich rozmowy, bo mówili po rosyjsku, a ja tak biegle nim nie władam. Słyszałam tylko pojedyncze, znajome słowa. Bałam się, że w każdej chwili mogą się pokłócić, ale żadne z nich długo nie podnosiło głosu. Pewnie muszą sobie dużo wyjaśnić. Nie wiem, czemu zerwali i nie chcę w to wnikać. Lew mówi pięknie po rosyjsku.
Rozmowa zajęła im godzinę. Gdy usłyszałam kroki, natychmiast uciekłam. Wróciłam do dormitorium.
- Gdzieś ty była?- spytała Hestia, gdy usiadłam na łóżku.
- Udało mi się pogodzić Lwa z jego byłą dziewczyną- odpowiedziałam. Bliźniaczki spojrzały na siebie zdziwione. Pewnie myślały, że to ja będę z nim chodziła.
- Zostań ich kupidynem na walentynki- zażartowała Flora i wszystkie się zaśmiałyśmy. Już mam dość kupidynków, przez Lockharta, który na pierwszym roku zorganizował takowe, obrażając przy tym dwóch profesorów.
Gdy ujrzałam ich następnego dnia trzymających się za ręce, poczułam się dumna. Zarówno Lew jak i Katja są szczęśliwi. Mogłam teraz w spokoju zająć się sobą. Do czasu... Podczas przerwy na lunch bliźniaczki przyniosły mi jakąś gazetkę.
- Zobacz- powiedziała Flora i razem z siostrą zachichotały. Był to tygodnik Czarownica a po otwarciu gazetki doznałam szoku. Rita Skeeter napisała, że Hermiona igra z uczuciami Harrego i Kruma, dając zdjęcie odskakujących od siebie Harrego i Hermionę w namiocie zawodników. Ta kobieta chyba nie ma skrupułów. Jest gorsza niż mugolscy dziennikarze. Poszłam o tym porozmawiać z bohaterami artykułu. Wszystko mi wyjaśnili. Jestem jeszcze bardziej wkurzona na tą dziennikarkę. Ciągle szuka jakiś afer i przeinacza fakty, kosztem tych, których opisuje. Mam nadzieję, że kiedyś za to oberwie.
Teraz cała szkoła huczy od tego, co napisano o Hermionie. Oczywiście, największy ubaw mają dziewczyny ze Slytherinu. Pansy szczebiocze jak nakręcona. Dafne, Millicenta i bliźniaczki się śmieją a chłopaki dyskutują o niej, jak o kimś obcym. Najbardziej wypominają jej pochodzenie. Dobrze, że ja nie zdradziłam swojego, bo też by mnie wzięli na języki. Mając dość tego targowiska próżności sięgnęłam po jakąś książkę i zagłębiłam się w jej treść. Mimo, że była po łacinie, to próbowałam ją zrozumieć. Między naszym językiem a łaciną jest niewiele różnic, więc jako tako mogłam zrozumieć. Trafiłam na coś o założycielu naszego domu, Salazarze Slytherinie.
- Co czytasz?- tuż obok mnie usiadł Teodor.
- Coś o Slytherinie- wyjaśniłam i spojrzałam na okładkę- nie do końca rozumiem, bo to po łacinie.
- To po co ją wzięłaś?- spytał znowu i otworzył książkę do historii magii.
- Żeby nie słuchać tego obgadywania- odpowiedziałam i zamknęłam książkę. Też powinnam wziąć podręcznik i się pouczyć. Odłożyłam ją i wzięłam pierwszą lepszą książkę z mojego dormitorium. Wybór padł na zielarstwo i właściwości roślin uleczających.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)