czwartek, 29 sierpnia 2013

Rozdział I

Po znalezieniu przedziału z moimi przyjaciółmi usiadłam przy oknie i rozluźniłam się. Padał deszcz. Wierzyłam, że gdy dotrzemy na miejsce to się skończy. Moje rozmyślania przerwał trzask otwieranych drzwi.
- Cześć wszystkim- przywitała się zziajana Millicenta- w ostatniej chwili wsiadłam do pociągu- usiadła niedaleko mnie.
- Coś się stało po drodze?- spytałam.
- Kominek nam nawalił i mieliśmy problem- wyjaśniła- rodzice się tym zajmą- chwilę odsapnęła- byliście na mistrzostwach quidditcha?
- Pewnie- odpowiedziała Flora.
- Mhm...- mruknął Teodor.
- A ty?- spytała mnie. Musiałam znowu skłamać, by nie wzbudzać podejrzeń.
- Tak... Tak, byłam- odpowiedziałam i uśmiechnęłam się w miarę naturalnie.
- Za kim byliście?- zadała kolejne pytanie- ja oczywiście za Irlandią.
- My też- odpowiedziała Hestia, wyręczając mnie i Teodora.
- Te omniokulary to były świetne!- stwierdziła- ale najbardziej podobał mi się trik Bułgarii z wilami. To spryciarze!
Pół drogi przegadaliśmy o tych mistrzostwach. Kto jak kto, ale Millicenta to lubi mówić.
- Idę się przejść- stwierdził Teodor i opuścił przedział.
- To ja też pójdę- dodałam- żeby trochę rozprostować kości- ledwo znalazłam się na korytarzu, a tuż przede mną przebiegła grupka dzieciaków. Chyba jacyś pierwszoroczni. Korzystając z wolnej chwili poszłam przywitać się z Harrym i Colinem. Colin też nie był na mistrzostwach a Harry tak, z rodziną Weasley. Zazdrościłam mu. Po drodze natknęłam się na panią, która rozwozi smakołyki i kupiłam od niej fasolki wszystkich smaków oraz dyniowe paszteciki. Deszcz wciąż padał i nie zapowiadało się na to, by miał przestać. Gdy wróciłam do przedziału, zastałam w nim tylko Teodora. Wpatrywał się w okno.
- Wszystko dobrze?- spytałam.
- Tak- odpowiedział i usiadł prosto- nic mi nie jest.
- To dobrze- stwierdziłam i poczęstowałam go fasolkami. Wziął jedną do ręki i nagle zrobił się czerwony.
- Wasabi- wyjaśnił i szybko przełknął. Zaśmiałam się i sięgnęłam po następną.
- O fuj, smakuje jak asfalt!- jęknęłam i też w miarę możliwości szybko połknęłam.
- Jak co?- spytał zdziwiony a ja się przestraszyłam.
- To jest taki mugolski materiał, z którego robią ulice- wyjaśniłam- Jak szłam na Pokątną, to miałam okazję czuć zapach tego. Obrzydliwy. Nie wiem, jak ci mugole mogą to wytrzymać...- do przedziału wróciły bliźniaczki a chwilę później Millicenta.

Pod koniec drogi prefekt Slytherinu obwieścił, że czas na zmianę ubrań. Najpierw przebrałyśmy się my, a potem Teodor. Szturchnięta przez przebiegających uczniów wpadłam na szybę i moim oczom ukazał się nagi do pasa kolega. Chudy, blady i żylasty. Zmartwił mnie jego widok.

Po przydziale i uczcie zostaliśmy poinformowani o odwołaniu tegorocznych rozgrywek quidditcha. W trakcie mowy profesora Dumbledore'a przybył nowy profesor Obrony przed Czarną Magią, emerytowany auror, Alastor Moody. Nie wzbudził w nas sympatii. Dziwnie wyglądał i ciągle obserwował otoczenie swoim magicznym okiem. Następnie dowiedzieliśmy się, że w naszej szkole odbędzie się Turniej Trójmagiczny, w którym wezmą udział też dwie inne szkoły. Ochotnicy, którzy chcą reprezentować Hogwart, muszą ukończyć 17 lat, a wyborem zajmie się jakiś niezależny sędzia. Gdy rozeszliśmy się do pokojów wspólnych, wszyscy rozmawiali o tym turnieju. Mnie ciekawił ten profesor. Czy będzie lepszy niż profesor Lupin?

Następnego dnia przybyła do mnie sowa z Prorokiem Codziennym. Ukazał się w niej artykuł, który szkalował pana Weasleya. Podczas, gdy Draco Malfoy i jego koledzy się z tego naśmiewali, mi się zrobiło przykro. Przy okazji, dowiedziałam się, że na tych Mistrzostwach Quidditcha pojawili się zwolennicy Voldemorta i narobili zamieszania. Obserwując ucieszonych kolegów pomyślałam, że pewnie to ich dotyczy. Odłożyłam gazetę i zajęłam się jedzeniem. Nagle poczułam na swoich kolanach coś mokrego. Okazało się, że siedzący obok Crabbe wylał na mnie i Hestię sok. Spojrzałyśmy an niego morderczym wzrokiem. 
- Ups, przepraszam- rzucił i zarechotał razem z Goylem.
- Spokojnie- wtrąciła się Dafne i wyjęła różdżkę. Za jednym machnięciem plamy zniknęły.
- Wielkie dzięki- odpowiedziałam. Ślizgonka uśmiechnęła się i zajęła rozmową z koleżankami.
- Następnym razem, to ten sok mu wyleję na jego pusty łeb- stwierdziła Flora- może się czymś wypełni w końcu- z daleka dojrzałam siedzącego profesora Moody'ego, który ciągle się wiercił i popijał z piersiówki. Gdy siedzący obok profesor Flitwick chciał mu coś zaproponować ze stołu, ten się oburzył. Nie wiem, co powiedział, ale pewnie coś na temat tego jedzenia. Dziwny człowiek...

Po kolacji chciałam się przejść z bliźniaczkami na błonia, gdy zatrzymała nas zabawna sytuacja. Malfoy chciał się popisać i zaczepił Rona, który szedł z Hermioną i Harrym. Naśmiewał się z jego ojca i problemów, które ma teraz. Tak się posprzeczali, że wkurzony Draco rzucił zaklęcie na grupę. Wtedy stało się najlepsze. Profesor Moody tak się wkurzył, że zamienił go w fretkę! Miotał nim na wszystkie strony. Wszyscy obecni przy tym mieli ogromny ubaw. Przerwała to dopiero profesor McGonagall, która zwróciła uwagę profesorowi Moody'emu, że tak się nie każe uczniów tutaj i przywróciła Malfoyowi wygląd. Długo miałyśmy ubaw potem. Nie mogłam się doczekać zajęć z nim.

**************************************************

Wiem, że post o niczym, ale w końcu to dzień szkolny ;)
Czekam na komentarze :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz